do brudnopisu

Bas C. Van Fraassen
Laws and Symmetry
„5. Universals: Laws Grounded in Nature”
Wstępna analiza 1 strony.

Metafizyczny wzorzec potencjalnych zachowań prowadzącego ćwiczenia,
których ontycznie konsystentna aktualizacja jest ze wszech miar wskazana
w warunkach uchylania się ćwiczonych od ćwiczenia pod różnymi,
niezwykle doniosłymi powodami





Relato refera


Następujące sformułowanie podaje wzorzec wyjaśniania zjawisk w oparciu o prawo natury, zwane dalej krótko prawem:

Niech Ω będzie prawem, a π zaszłością, tj. czymkolwiek, co zachodzi w naszym świecie (our world)1. Wtedy wspomniany wzorzec wolno ująć w następującą formułę:

Ideę konieczności lub nieuchronności tego, że π, zawarłem w zwrocie „Z mocy...”jako że, w mowie codziennej nie ujawniamy jej wprost. Nie mówimy: „Upuszczony kamień koniecznie spada”, ale: „Upuszczony kamień spada”. Mógłbym się jeszcze zgodzić na formułę:

z twardym „jest”, tj. branym w znaczeniu „jest i nie może nie być”.

Fraassen twierdzi, że prawa w podanych kontekstach traktowane są jako fakty, a zaszłości uważa się za konieczne o tyle, że mają one Ω -koniecznie zachodzić. Inaczej, prawa mają być faktami dotyczącymi naszego świata (about our world). Tymczasem podlegające prawom zaszłości zachodzą w naszym świecie. Prawa jako fakty dotyczące naszej rzeczywistości nie są konieczne, są jednak tym, co sprawia, że pojawiają się w niej wewnątrzświatowe konieczności oraz tym, co zdaje z nich sprawę.

W jaki sposób prawa mogą uzasadniać wewnątrzświatowe konieczności? Ma to polegać na tym, że obok dowolnych klasyfikacji lub taksonomii występują typologie i taksonomie realne lub naturalne, tj. oparte na realnych własnościach i relacjach między zaszłościami (cum fundamentum in rebus). To są powszechniki. Prawa bezpośrednio mówią coś o raczej wiązkach między powszechnikami, a dopiero dzięki temu, pośrednio dotyczą jednostkowych zaszłości. To zaś dlatego, że zaszłości są jednostkowymi replikami (instances2) ogólnych praw. Konkludując, π jest Ω-konieczne, ponieważ π jest jednostkową repliką stosunku między powszechnikami, ujmowanego przez Ω. W tym sensie Ω uzasadnia i zdaje sprawę z konieczności π.

Oto przykład podawany przez Fraassena. Związek, wyrażany równaniem PV=kT (iloczyn ciśnienia i objętości jest proporcjonalny do temperatury) na gruncie referowanych przezeń koncepcji należy rozumieć jako związek między ciśnieniem w ogóle, objętością w ogóle oraz temperaturą w ogóle. Jest to zatem związek powszechników. Ponieważ jednak gazy są replikami powszechników P, V, T, równanie PV=kT wolno odczytać jak następuje: dla dowolnej porcji gazu idealnego w określonym stanie (π), iloczyn jego ciśnienia i objętości jest proporcjonalny do temperatury (Ω).

Tak zrekonstruowaną koncepcję nazywa Fraassen mianem universals account of laws3 oraz wiąże z poglądami Platona, Arystotelesa, Russella, a także z neo-tomistami. W pobliżu lokowani są Armstrong, Dretske, Tooley.



Sine ira et studio


Poniższe uwagi odnoszą się do pierwszych dwóch stron zalecanego przeze mnie tekstu Fraassena, w którym referuje i rekonstruuje on cudze poglądy. Owszem, poglądy nie są jego, ale jego jest ich układ i cała rekonstrukcja. A dowiadujemy się z niej między innymi, że:

§ 1. Nota do punktu pierwszego
     oraz do punktu czwartego

Fuzja punktów pierwszego i trzeciego sufluje beznadziejne pytanie dotyczące tego, jak z faktyczności można wywieść konieczność? Jest to – mówiąc wprost – zwykłe «ustawianie sobie chłopca do bicia». A to dlatego, że...


§ 2. Nota do punktu pierwszego

W potocznym rozumieniu słowa wolno powiedzieć: stosunki między powszechnikami to fakty. Jeśli jednak uznanie ich faktyczności miałoby implikować wykluczenie ich konieczności, wówczas nie wolno powiedzieć: stosunki między powszechnikami to fakty. Ściślej, nie wolno tego zrobić bez dodatkowych założeń. A oto dlaczego.

Bez wątpienia związki między ideami, powszechnikami w sensie Platona, mają miejsce – są zatem w potocznym pojęciu faktyczne, czyli nie urojone. Równie pewne jest wszakże i to, że są to związki konieczne. Co do samych idei, ich konieczność polega na tym, że one są, jakie są i nie mogą nie być lub być inne. Toż samo odnosi się do relacji między nimi. One są, i są jakie są i ani nie mogą nie być w ogóle ani być inne niż są. Toteż twierdzenie, że prawa natury są stosunkami między powszechnikami jest do przyjęcia dla platonika, ale pogląd, jakby były one li tylko faktyczne, nie zaś konieczne, platonik uzna za niedorzeczny.

Pokazuje się tutaj wadliwość dokonanych przez Faassena atrybucji. Nie wolno wiązać universals account of laws, w nadanej mu przezeń postaci, z filozofią Platona i realistycznie wykładanego Arystotelesa4. Właściwym dla universals account of laws byłby apel do św. Augustyna – byłby, gdyby u Fraassena wystąpił. Właściwy byłby apel do każdego metafizycznego woluntaryzmu, przez który rozumiem typ stanowisk, głoszących zależność postaci naszego świata od niczym nie ograniczonej woli osobowo interpretowanego Absolutu. Istotnie, Augustyn wyraźnie twierdzi, że w zakresie praw moralnych wszystko mogłoby być inaczej niż jest. Jest to teza ograniczona w swej wymowie do zasad szczególnych, lecz widać, że ograniczenie to nie ma znaczenia. Wszak nic nie ogranicza Boga. Co dla nas, ludzi, jest konieczne, to dla Niego jest fakultatywne. Tąż myśl znajdziemy jawnie u Kartezjusza, a w utajeniu przenika ona cały Tractatus Wittgensteina. Podane trzy przypadki «klasyków» pozwalają poniechać mnożenia przykładów.

§ 2. Nota do punktu drugiego
oraz do punktu trzeciego

Zgodnie z punktem drugim prawa są stosunkami między powszechnikami. Zgodnie z punktem trzecim prawa mówią, że jest tak a tak między powszechnikami; krótko, mówią coś o powszechnikach. Co to znaczy, że stosunek między powszechnikami mówi, że jest tak a tak między powszechnikami? Co to znaczy, że stosunek między powszechnikami mówi o stosunkach między powszechnikami? Czyżby każdy stosunek między powszechnikami był stosunkiem o stosunkach między powszechnikami? Tu by się jednak przydali i Wittgenstein i Peirce, którzy pozwolą nam powiedzieć, że...

Prawa jako stosunki między powszechnikami nie mogą nic mówić o stosunkach między powszechnikami; byłoby bowiem wtedy tak, że prawa mówią o prawach, o prawach, o prawach... ad infinitum. Prawa, jeśli są stosunkami między powszechnikami, mogą jedynie ukazywać owe stosunki poprzez to, że same się w ten czy inny sposób ukazują (to za Wittgensteinem). Jeśli jednak prawa coś mówią o stosunkach między powszechnikami, to albo nie są powszechnikami albą są powszechnikami, choć nie tego samego rodzaju, co powszechniki, do których się odnoszą. Wszakże trudno zaakceptować pogląd, że prawo prawdziwie określające stosunek powszechny, samo nie jest w żadnym sensie powszechne. Należało zatem dobitnie dopuścić możliwość występowania dwojakich powszechników. Grupę pierwszą tworzyłyby jakości (własności5). Do drugiej należałyby prawa natury (to za Peircem). Pojawiłby się wtedy klarownie problem relacji. A priori dopuszczalne byłyby trzy rozwiązania: a) relacje należą do tej samej grupy powszechników co jakości, bo....; b) relacje należą do grupy praw, gdyż...; c) relacje stanowią odrębną grupę, jako że... W ten sposób otworzyłaby się perspektywa realnych badań. Tymczasem Fraassen z góry przyjmuje rozwiązanie (a), które – gdybyż to tylko sobie – przypisuje komuś. Komu? wiadomo. Komu ma prawo to zrobić, tę atrybucję? nie wiadomo.

§ 3. Nota do punktu czwartego

Jeżeli zaszłość π jest Ω-konieczna, to Ω określa π (dla mądrali: determinuje π). Metodologowie i filozofowie nauki, którzy nigdy nie byli w laboratorium, i mają problemy z odróżnieniem prezerwatywy od probówki6, mają też skłonność do oczekiwania zupełności od owego określania. Że jest to oczekiwanie niedorzeczne pokazuje się natychmiast, skoro tylko pomyślimy o prawach jako powszechnikach, osadzając nasze myśli w kontekście nauk Platona7. Otóż Platon uczy, że idee nie mogą być zrealizowane w świecie empirycznym. To należy do ich istoty. O tym mówi mit Demiurga i metafora cienia. Odwracając kierunek myśli powiemy: indywidua nie są zupełnie określane przez powszechniki (Ingarden tłumaczy to występowaniem zmiennych w zawartości idei). Przenosząc wniosek na grun stosunku: prawo (Ω) jego replika (π), dostajemy wniosek, mówiący, że nigdy nie jest tak, by π była zupełnie, do poziomu jej indywidualności określana prze Ω. Inaczej, żadne prawo natury nie determinuje jednoznacznie żadnej zaszłości, o ile ta pojmowana jest jako indywiduum. To, że kamień tak a tak spada, gdy nie jest podtrzymywany, nie jest w zakresie owego niepowtarzalnego tak a tak determinowane przez prawo grawitacji. To, że kamień spada, tj. porusza się w typowy sposób, gdy nie jest podtrzymywany, jest determinowane przez prawo grawitacji. Prawa determinują typy zaszłości, a nie zaszłości. Żadna zaszłość nie realizuje żadnego prawa. Zapewne każda zaszłość, rozwija, replikuje w pewnym zakresie i stopniu jakieś prawo, co czyni tu i teraz w naszym świecie. Tekst Fraassena zaciemnia tę sprawę.

Fraassen wychodzi od prawa Boyle'a, które jako powszechnik zasadniczo nie może być całkowicie urzeczywistnione w naszym świecie. Następnie «płynnie» przechodzi do czysto «jakościowych» rozważań o własności: o temperaturze 200ºK. Istotnie, tego rodzaju jakość (własność) jest w pełni urzeczywistniania przez każde ciało rozgrzane do wspomnianej temperatury. Za tym niestety idzie fatalna sugestia, że realizacja stosownej własności oznacza realizację skorelowanego z nim prawa. Nic bardziej błędnego. Peirce doskonale to wiedział, a dzięki temu z uporem powtarzał: universals (jakości in abstracto) tym właśnie się między innymi różnią od generals (prawa), że dają się urzeczywistniać, gdy tymczasem te drugie nie. Mówiąc epigramatycznie: uniwersalia wyposażają świat w jego materię, a generalia kroją mu kubraczek, nigdy do «ciała świata» nie przylegający ściśle. Bądźmy jednak poważni: kubraczek to forma lub struktura, do której świat się przymierza, a nie którą naiwnie i po prostu posiada. Breviter, Ω-konieczne są zaszłości qua typy, a nie zaszłości qua indywidua. Wskazana jest pamięć o tym przy dalszej lekturze tekstu Fraassena.

§ 4. The blur of „our world”

Fatalne jest u Fraassena określenie our world. Oto nie wiemy czy ów nasz świat wolno nam charakteryzować jako rzeczywistość empiryczną i tylko taką czy nie. Jeśli liczby, wartości itp. zaliczamy do naszego świata, to jasne, że nie jest on w wąskim znaczeniu sferą empiryczną, czyli zmysłowo-empiryczną. Jeśli nie zaliczamy tego, to jesteśmy jak ci straszni ludzie, o których platon pisał, że jak czego nie pomacają, to nie uwierzą. No więc jak to jest z Fraassenem: jest czy nie jest strasznym człowiekiem? Nie wiemy. Wiemy, że jest niechlujny. Bierze «meduzę» (our world) i pozwala sobie, z nadzieją na bezkarność, pisać, że „każda porcja idealnego gazu” spełnia prawo Boyle'a. Jasne, że wolno nam powiedzieć w jego stylistyce: it an instance of the law. Wkrótce jednak czytamy, że gazy „are ... instances [of determinable] properties”. Fakt, Fraassen wciąż relacjopnuje tutaj cudze poglądy. Czemuż jednak nie robi tego porządnie? Tymczasem mamy liczbę mnogą, mówi się o gazach, a jest – o ile w ogóle jest – jeden i tylko jeden gaz idealny. Zatem rzeczone repliki są empirycznymi replikami. I tak, chociaż tylko implicite, to jednak dość wyraźnie termin „instancja” nabiera w prezentacji Fraassena cech dwuznaczności. Wszak „idealna replika” to nie to samo, co „empiryczne repliki”. Ponieważ to wszystko nie jest jasno powiedziane, pojawia się niebezpieczeństwo oparcia krytyki universals account of laws na ekwiwokacjach – dla niej fatalnych w skutkach. Dałoby się z góry wykluczyć takie niebezpieczeństwo, gdyby zamiast przyjaznej czytelnikowi «meduzy» our world pojawił się termin bardziej techniczny trudniejszy w pierwszym czytaniu, bezpieczniejszy w relatywnie ostatecznym odczytaniu. Nie byłoby też wtedy jawnego miotania się Fraassena między (niedobrym) rozumieniem prawa jako determinującego zaszłość, a rozumieniem go jako tego, co determinuje typ zaszłości. Ale o tym była już mowa.

§ 5. Ontyczny i modalny status praw.
Pierwsza i ostatnia nota Peirce'owska

Ponieważ prawa nie są i nie mogą być zrealizowane – ogólne prawo, które ma regulować fakty, gdyby zostało zrealizowane, byłoby regulowanym faktem, a indywidualne zaszłości na odwrót byłyby ogólnymi prawami – a także, ponieważ jest dorzecznie ograniczyć znaczenie słowa „fakt” w taki sposób, by mogło ono oznaczać jedynie fakty wewnątrz naszego świata, zatem wolno wbrew dokonanej prze Fraassena prezentacji universals account of laws powiedzieć: a law is not what happens to be (a fact), nor is it what may by (a pure possibility); on the contrary, a law is a would be. Przywołaną przeze mnie terminologię zastosował Greenlee, by inaczej ująć Peirce'owskie idee – wymienię w porządku pojawiania się stosownych terminów – Secondness, Firstness oraz Thirdeness. Te idee pojawiły się w latach siedemdziesiątych XIX stulecia. Nie ma żadnych powodów, by zwolnić Fraassena z odpowiedzialności za ich ignorowanie na etapie prezentacji universals account of laws. Nie ma ich także dlatego, że sprawy, o których tu mowa, były później, niezależnie od Peirce'a, intensywnie badane – szczególnie w ramach analiz zdań przeciwnych faktom (np. Goodman w latach 508.) Breviter, wiązanie universals accont of laws z koncepcją prawa jako faktu jest po Peirce'ie niepoważne. Nieznajomość Peirce'a jest wybaczalna. Popadanie w błędy na skutek nieznajomości Peirce'a jest niewybaczalne.

§ 5. Bóg, czyli nieobecna świadomość.
Pierwsza i ostatnia nota Augustianska z adresem do Peirce'a

Przyjmijmy, że prawa są stosunkami między ideami. Przyjmijmy za Fraassenem pogląd, który on przypisuje Komuś, że prawa są faktami, ale nie są koniecznymi faktami. Komu takie przekonanie wolno przypisać? Wiadomo, że na przykład Augustynowi. Stańmy solidniej na gruncie augustynizmu, a dostaniemy wniosek: prawa są niekoniecznymi związkami między niekoniecznymi ideami w umyśle Boga, który ze swej strony jest ens necessarium. Ale umysł Boga jest u Boga, a nie – z przeproszeniem – pod ręką Boga. Ponieważ Bóg ujęty źródłówo jako ens necessarium nie zawiewra w sobie niczego przygodnego, to źródłowo pojęty umysł Boga nie zawiera żadnych idei. Gdzie nie ma żadnych idei, nie ma żadnych myśli. Gdzie nie ma żadnej myśli, nie ma świadomości. Qua ens necessarium Bóg jest konieczną nieświadomością. Pisał o tym Peirce, acz z pozoru inaczej argumentował, odwołując się do niezbywalnych związków świadomości z cielesnością. Breviter, z Fraassenem umyliśmy Bogu umysł. Jesteśmy u kadzidełek.


1Wolę dziwnie użyć zwykłego słowa, niż od razu dawać sposobność do stawiania pytań o bliższą, ontologiczną charakterystykę zaszłości – to istna puszka Pandory (rzeczy czy fakty?, a jak jednak rzeczy, to do myślenia czy do rozciągania...i wiele wiele innych, takich rzeczy.

2An instance – wystąpienie czegoś, porcja informacji reprezentatywnej dla danego typu; to instance – wyjaśniać coś, za pomocą przekładu. Replicare – rozwijać. U Peirce'a „replika” jest synonimem „token”, stanowiąc antonim dla „typ”. W słowie „replika” dobitniej pokazuje się to, że jest ona rozwinięciem typu, czyli jego ujawnieniem w czymś jednostkowym (nic dziwnego, że dwudziestowieczni nominaliści zapomnieli o „replice”, zaś nie mający tak silnych realistycznych konotacji „token” tak sobie przyswoili, że zapomnieli w jakim sensie używał go ten, komu to słowo ukradli, czyli Peirce. Tak czy inaczej, podałem właśnie racje przyjętego przeze mnie tłumaczenia słowa an instance.

3W oryginale użyto liczby mnogiej: universals account of laws. Dla nas nie ma to większego znaczenia, ponieważ nie zajmujemy się analizą różnic między odrębnymi realizacjami odnotowanego przez Fraassena typu interpretacji praw.

4Już w średniowieczu pojawiły się wyraźnie nominalistyczne odczytania pism Stagiryty.

5Fraassen posługuje się terminem „property”. Wielokroć mówiłem, że gubienie rozróżnienia między jakością a własnością uważam za naganne. Własność jest jakością aktualnie stojącą w formie przysługiwania czemuś, a przez to jakością indywidualnie zmodyfikowaną. Własność jest zatem po dwakroć konkretna, bo: a) jest zrośnięta z podmiotem cech; b) jest w nieco innym sensie zrośnięta ze swą różnicą indywiduuową (np. czerwień tej oto marchewki z odcieniem czerwieni tej oto marchewki). Przyjmuję do wiadomości, że autorowie anglosascy muszą liczyć się z faktem, iż słowo „quality” ma obecnie w ich języku silnie fenomenalistyczne zabarwienie. Nie jestem jednak anglo-Saksonem. Nie przypominam też sobie, bym na zajęciach miał anglo-Saksonów. Co do anglo-Saksonów, widzę dość jasno, że gdy mówią „property”, chcą powiedzieć: „jakość w możności przysługiwania czemuś”. No więc jednak jakość dla Słowianina.

6Łaskawy Bóg albo ich w praktyce nie stawia wobec zadania przeprowadzenia stosownej dystynkcji, albo wyposaża w uposażone stosowną umiejętnością kochanki i/lub żony.

7Pamięć o tych naukach skutkuje niekiedy okrągłą sumką (sześć zer jest w sam raz).

8Przypominam jednak, że stawiana w warunkach ograniczonej kompetencji poznawczej hipoteza w sensie Peirce'a nie jest zdaniem kontrfaktycznym.