Mea culpa (moje publikacje)  Moi mili  Wykłady Gromasia  Mój brudnopis  Verba manent  Melpomena  Tyche  Thalia  Twórczy student  Strona Piotra (w budowie)

 
Apertum
Struktura...
Świat, język...
Od konieczności...
Lectorium Katalogi
Seminarium dokt.

Forum Faq  Metalink
Privatissimum  Curriculum Vitae
 (cum grano salis)

Jestem rodowitym galicjaninem. Po ojcu krakauerem, po matce «sandauerem» — moi nudni przodkowie wiekami warowali: jedni przy przy rogatkach Krakowa, drudzy u Bramy Opatowskiej w Sandomierzu (jednak na «jedynie słusznym» CK–brzegu Wisły). Jak przystało na galicjanina ogromną wagę przywiązuję do tytułów. Z tych, których się dochrapałem najbliższy jest mi „inż.” — tak, jestem magistrem inżynierem chemii.

Witamy: Piotr i Ja
Tytuły to rzecz ważna. Jeśli masz szczęście, z czasem zaczynają znikać — wkraczasz na ścieżkę wielkości. Już nie mówią o Tobie prof. Roman Ingarden, mówią prosto: Ingarden. To jednak tylko przedsmak szcęścia, zwykła detytularyzacja. Euforia zaczyna się z chwilą rozpoczęcia procesu denominacji. Straciłeś tytuł — tracisz nazwisko! Nie słyszysz Chopin, ale Frycek, nie Bach, a Jan Sebastian. Z moim imieniem, z nazwiskiem, jakim mnie los łaskawie obdarzył denominacja to i marzenie i wyzwanie.
   Chwilowo jednak cieszę się z inżyniera — najwybitniejszego inżyniera chemika w gronie tych, którym dane było zainstalować się w Instytucie Filozofii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Ta moja inżynierskość sprawia, że bliski mi jest niemodny dziś ideał filozofii konstrukcyjnej, systemowej. Budowanie systemu niesie niebezpieczeństwo naginania poglądów do z góry powziętych założeń. To fakt. Z drugiej jednak strony jest to sposób na samokontrolę; jakieś zbawcze wnyki, które zaciskają się, gdy rozum rozumowanie zastępuje rizomowaniem, postmodernistycznym kłączeniem.
     Do postmodernistycznego pomysłu na filozofię jako literaturę piękną odnoszę się wrogo. Do postmodernizmu nie o tyle, że dla zdrowia potrzeba jest też choroba. A postmodernizm jest chorobą. Zdiagnozował ją już Platon i nazwał  mizologią. To kapitulacja logosu konfrontowanego z rozmaitością, której nie jest w stanie ogarnąć (zważ: logos wywodzi się od legein, co znaczy „zbierać”). Jestem inżynierem, i lubię gdy tekst publikowany ma strukturę logicznego postronka: założenie, wniosek, założenie, wniosek... konkluzja. Lubię konkluzje, a niecierpię konkluzywności! Sprzeczność? Nie. Filozoficzny ideał konkluzywności oznacza wymóg załatwiania filozoficznych spraw raz na zawsze (skandaliczna kulminacja w Wittgensteinowym projekcie [anty]filozoficznej terapii). To anglosaska idea — wiem o tym od filozofa Anglika — której akuszerką była na Wyspach tradycja prawnicza i praktyka sądownicza. Ideałem filozoficznego Kontynentu jest (był?) otwarty tekst — otwarty na zawsze nieskończoną, co nie znaczy chaotyczną, mnogość interpretacji. Lubię czytać takie teksty. W sądzie bywam rzadko, i zawsze zeń wychodzę skwaszony. Owszem, zdarza mi się spotykać Utytułowanych, co mówią o sobie: „Jestem filozofem, myślę filozofocznie i konkluzywnie”. Gdy już mnie takie szczęście spotka, mruczę do siebie: „Masz farta, Nowaczku. Otoś spotkał kwadratowe koło”.
     «Opublikowane», a «pisane» to nie to samo. Myśl na rozbiegu potrzebuje swobody właśnie po to, by zyskać impet. Pisząc szkice, logiczny postronek chwilowo wieszam na kołku. Sięgam po metaforę i za jednym z moich mistrzów, za Charlesem Sandersem Peircem powtarzam jak mantrę dwa zdania: Truth crushed to tde earth shall rise again oraz Notding is truer than true poetry. No i jeszcze Tuwim: Bądź geniuszem na własną rękę (tycim, tyciuteńkim, ale na własną rękę — to już ode mnie). To są dezyderaty. A warsztat? Szczerze mówiąc ubogi i, jak na «peirceistę» przystało, triadyczny. Posługuję się niemal wyłącznie trzema narzędziami: metaforą, regułą zastępowania i regułą odrywania. To mi wystarcza.

 
 cof sie!↓ Noemi o metrze Wittgensteina

Filozofia i moi mili

Bo! (...poco a poco tranquillo)

...komponuje, Pio pracuje, a Jo się wałkonię...

Pozwól, że przedstawię ci Bo! — p.t. Bożenę Aleksandrę Nowak, moją żonę. Bo! ma same zalety. A ta największa szczęśliwie wiąże się z moim umiłowaniem muzyki. Otóż Bo! jest wybitną kompozytorką — o przepraszam, wybitnym kompozytorem. Być może najznamienitszym   szkoda, że mnie nie widzisz dziś kontynuatorem wielkiej idei Jana Sebastiana. Zadziwiające, ale swą pozycję zawdzięcza jednemu tylko dziełu. Ba! — cóż to jednak za dzieło. Jego perswazyjny minimalizm odsyła do lamusa zbędnych rupieci całą twórczość Reicha z Glassem na dokładkę. Cóż to za perła? — zapytasz. Kantata, drogi mój, Cantata domestica repetitiva śpiewana do prostego, acz wzruszającego tekstu (poeta: Bo!): „Andrzej!, skoro nic nie robisz, to może byś ...(wstaw cokolwiek)...”. Słyszę ją zawsze, gdy najciężej pracuję, czyli gdy np. — tak to widzą inni — siedzę i gapię się w me ukochane wschodnie okno (ex oriente lux...). Nie wiem, czy mój syn Pio(tr), którego widzisz siedzącego przy tym samym oknie, pracuje czy nie. Wiem jedno, kiedy ja robię to, co na oko on robi, to nic nie robię (idzie, po prostu, transfer danych). Cóż, nigdy do tego nie przekonałem Bo!. To jedyna skaza na wspaniałym, perskim kobiercu jej charakteru. (No, może zgłoszę jeszcze jedno ‘ale’. Myślisz: „Bo!” bo Bożena. Błąd! „Bo!” bo Bo! odpowiada na każdą krytykę, zaczynając od „bo... ”. Gdy ja ośmielam się sięgnąć po tę strategię, riposta jest natychmiatowa i okrutna: „jako gadacz [czytaj: filozof języka, miernota] wiesz, że dokonujesz właśnie wrednej manipulacji językowej” — syczy Bo!. Czasem uda mi się udobruchać ją, wysyłając po kosmetyki na  allegro: makijaż, kosmetyki, etc...  (sklep wirtualny — mój debet realny).





 cof sie! ↓ Piotr, Eco i kod nadania

Palce Noemi...

...metr Wittgensteina

Sartr: piekło to inny. Nic podobnego. Piekło to ja — ja sam, stale ten sam. Nie umiem myśleć inaczej, niż myślę. Jestem w pełnej zgodzie ze sobą. Jestem znudzony. noemi Jestem niewyobrażalnie znudzony! To jest piekło. Wyrwać z niego może mnie tylko spotkanie z innym. Lubię spotykać ludzi myślących inaczej niż ja. A im bardziej w myśleniu są odmienni ode mnie, tym mi się wydają ciekawsi, godniejsi uwagi. Jasne, gdy już dochodzi do spotkania, «gryzę» ich — ale z fascynacji, czasem nawet z miłości. 0statnio ugryzłem uroczą i mądrą habilitantkę. Na salę padł blady strach. W powietrzu wisiało pytanie: „Czego ten Nowak chce? Pewnie chce położyć kolokwium!” Widziałem ulgę, ale i niedowierzanie w oczach kolegów, gdy podczas rutynowego podsumowania odpowiedzi podsądnej mówiłem już otwartym tekstem i z niekłamanym uznaniem o Pani doktor. A przecież to proste: gdybym uważał ją za niezbyt rozgarniętą, krytykę zostawiłbym innym. Sam bym się nie wysilał się nad tworzeniem jej szans rzeczywistego błyśnięcia (nie byłoby ich).

To, co napisałem, jest tu ważne. Jeśli czytasz ten tekst, pamiętaj: co atakuję, to cenię i szanuję. A teraz do ataku. Kripke w Nazywanie a konieczność słusznie notuje: „Opinia Wittgensteina o wzorcu metra przechowywanego pod Paryżem nie jest przesadnie rozsądna i wprowadza w błąd”. Co to za opinia? Wittgenstein twierdzi, że zarówno zdanie przypisujące rzeczonemu wzorcowi długość jednego metra, jak i jego zaprzeczenie nie mają sensu. Dlaczego? Długość np. jednego metra można, jakoby, dorzecznie przypisać temu, co mierzone, a nie temu, co mierzące — więc nie wzorcowi. Krótko: «sevrski» wzorzec metra nie mierzy samego siebie, zatem jest jak wyżej. Kripke: „Ale jest wzorzec cala, gdzieś pod Londynem, jest przelicznik 2,54 — no to dlaczego nie wolno mi powiedzieć, że «sevrski» metr ma tyle a tyle cali, co odpowiada długości jednego metra?” W odpowiedzi wittgensteinista sięga po argument z pogrzebacza: „mierzenie metryczne i mierzenie calowe to są różne gry”. Słyszę to i odchodzę. Pojęcie gry jest fatalne, nie tylko u Wittgensteina — u Gadamera także, u Saussure’a nie inaczej i tak samo u Ajdukiewicza. Pojęcie gry jest fatalne, a nie fatalne u... Kto się nim w filozofii posługuje, jest jak rozbitek, który na wzburzonym oceanie próbuje sterować meduzą. Jego los jest przesądzony: mrok bezdennych głębin.

Jasne, nie będę tu niczego i nikogo prostował; a już z pewnością nie wittgensteinistów. Chcę tylko napisać jak Noemi odsłoniła mi źródło dziwacznego poglądu Wittgensteina. Miała jakieś osiem, może dziewięć lat. Miała kłopoty z matematyką. Postanowiłem jej pomóc i zrobiłem to po swojemu. Zawsze uważałem, że teoria mnogości to nie tylko filozofia podstaw matematyki, lecz także jej dydaktyczna podstawa. Wziąłem zdesperowane dziecko, ustawiłem przed sobą i pytam: „Powiedz mi Noemi, ile masz paluszków u lewej ręki? Pięć, odpowiada rezolutnie. A u prawej? Pięć, mówi nieco zdziwiona.” Ja: „a czy masz tyle samo paluszków u jednej i u drugiej dłoni?” „Jasne” — rzecze dziecię, nieco już zakłopotane poziomem ojca. „Mam po pięć u lewej i u prawej”. Brnę dalej: „Nie pytałem cię, ile masz paluszków, tylko czy masz tyle samo?” Źle robię, Noemi chce wychodzić — myśli: „ojciec zwariował, na pewno nie pomoże mi z matematyką”. Łagodnie zatrzymuję córeczkę. Biorę jej dłonie w swoje. Przykładam kciuk do kciuka, wskazujący do wskazującego, w końcu mały do małego. Mówię: „Popatrz, każdy paluszek jednej rączki ma teraz przyjaciela w paluszku drugiej rączki, ale ma tylko jednego i żaden paluszek nie został samotny. To znaczy, że masz tyle samo paluszków u jednej i u drugiej dłoni”. Kupiła to — do dzisiaj pamiętam uśmiech, jaki zagościł wtedy na jej buzi.

Tryumf dydaktyczny trzeba odtrąbić. Puszczam płytę z Mesjaszem Händla. Nie wiem co robię. Wraca zasępiona Noemi. W nieskazitelne kontrapunkty, niczym pusta kwinta, wdziera się nieśmiałe pytanie: „Tatusiu, a czy jam mam tyle samo paluszków?” „Co za tyle samo?” — rzucam zbity z pantałyku. „No, czy mam tyle samo paluszków u prawej ręki?” „A... o to chodzi; jasne, masz tyle samo paluszków u prawej ręki, co u lewej” — rzucam na odczepnego. Solista cudnie śpiewa: Prostą czyńcie drogę dla Pana. Noemi: „Ale ja chcę wiedzieć, czy mam tyle samo paluszków u prawej ręki!” „Bachorku — syczę poirytowany — już ci tłumaczyłem, dlaczego masz tyle samo palców u obu rąk.” „Ale mnie nie obchodzi, lewa ręka” — córa właściwie już pochlipuje, widząc moją złość. Zaskakuję. Podałem Noemi metodę stwierdzania równoliczności palców i ona postanowiła upewnić się czy ma tyle samo palców  u prawej  dłoni co u prawej dłoni, i nie mogła przyłożyć paluszka do paluszka. No więc, ma tyle samo czy nie? Dobre pytanie. Niedobra metoda, gdy ją wziąć całkiem dosłownie. A drugi Wittgenstein tak właśnie, «empirycznie» zaczyna pojmować izomorfizm. Stąd jego niedorzeczna teza o wzorcu metra i kiepski rekurs do rozmaitości gier. Kiepski, bo — horribile dictu — wynikły z pomieszania gier językowych. Wittgenstein prowadzi dyskurs o wzorcu subsydiarnym, empirycznym w stylu dyskursu o wzorcu bezwzględnym, absolutnym. Fakt, nie da się z sensem pytać czy platońska idea człowieka jest Indianinem; można pytać czy metr ma metr. (Swoją drogą, czy jesteś z gatunku tych, co to nabierają się na pozornie bzdurne konsekwencje niezbyt mądrego określenia idei człowieka, jako człowieka idealnego? Niezbyt mądre, bo idea, żadna idea nie jest człowiekiem, żadnym człowiekiem!)

PS
Fizyczny wzorzec metra wysłano do lamusa jakieś trzydzieści lat temu — jeśli nie dawniej. To samo czeka ostatni wzorcowy walec platynowo-irydowego stopu — wzorzec kilograma. Niedawno stwierdzono, że  niegrzecznie  się zachowywał i schudł o 50 mikrogramów. To jest jakiś ułamek kilograma — czyżbym się mylił? Chyba nie! Wittgensteinisto, powiedz mi jakim sposobem, jakim cudem — nazywajmy rzeczy po imieniu — dokonano tego epokowego odkrycia?





 cof sie! ↓ Wykłady Gromasia

Pio versus Eco

o pewnej klęsce kodu nadania

Kocham góry. Przez ponad dziesięć lat, rok w rok spędzałem wakacje w Harklowej — niewielkiej wiosce w Gorcach. maciek i pio Gdy na świat przyszedł Piotr, niewiele się zmieniło. Bo! i Jo zabieraliśmy malucha, i dalejże przed siebie. Miał ze dwa lata, może trzy, gdy podczas jednej z wycieczek zobaczył stracha na wróble. Nie było przebacz; musiałem zmajstrować coś podobnego. Nie jestem akademickim kanaponem. Jestem inżynierem, a i słomy się nie brzydzę. Strach był raz dwa gotowy. Myślałem, że to koniec, a tu maż babo placek. Pio zażyczył sobie czarów: dostałem bojowe zadanie — zaczarować stracha tak, żeby mówił. Co miałem zrobić. Zaczarowałem. Maciek — takie mu imię nadał Piotruś — na szczęście nie był zbyt gadatliwy. Przemawiał ludzkim głosem tylko wieczorem, przed snem berbecia. Piotr wtedy wyglądał przez okno w ogród, gdzie stał jego słomiany, zaczarowany przyjaciel. Ja stałem za winklem. Pio rozmawiał z Maćkiem o wszystkich swych problemach. Jak kwiliłem — czasem chrypiałem; to była ciężka robota, to maćkowanie.

Ale opłacało się. Maciek był wyrocznią dla Piotra. Czego nie wskórała Bo!, czego nie osiągnąłem jako ojciec-czarodziej, to za friko dostawałem jako Maciek. Sielanka — Wielki Brat w bajowym fraku; co z tego, że słomiany, skoro wszystko—wiedzący i wszystko—mogący. Pełna kontrola, stuprocentowa skuteczność wychowawcza. Istny raj — a wszystko dzięki wiązce słomy, moim czarownym mocom i dzięki mojej wokalnej technice. Do czasu...

Nie pamiętam czy to Bo! czy Jo wpadłem na ten nieszczęsny pomysł. Tak czy inaczej, postanowiliśmy zapoznać dziecię z arcydziełem bajkopisarstwa, z bajką o kotku Pimpusiu Sadełko. Kotek niefajny: leń, zbój, egoista, a zarazem płaczek i mazgaj. Idzie do szkoły i dopieroż w skórę dostaje. Nikt go nie lubi. Panie-kotki tępią za nieuctwo. Kocięta nie chcą się z Pimpusiem bawić. Summa nieszczęść. Morał prosty: nie warto być sobkiem, egoistą, leniem, no czym tam jeszcze z tego repertuaru....

Prosty? A niby dla kogo? Dla autora bajeczki. Ale nie dla dziecięcia. Pio ze zgrozą wysłuchał historii Pimpusia. Był wstrząśnięty. W nocy budził się i popłakiwał. Następnego dnia z miną tak zaciętą, jak to tylko u dzieci się zdarza, oświadczył, że on do szkoły nigdy nie pójdzie. Nie pójdzie, bo szkoła jest do kitu. W szkole dokuczali sympatycznemu leniowi, niszczyli Pimpusia; będą więc niechybnie niszczyć i jego — Piotrusia.

Machnęliśmy ręką. Przejdzie malcowi — zapomni. Będzie chciał pójść do szkoły, poznać nowych kolegów, koleżanki, a może i Panie. Nie przeszło, nie zapomniał i nie zechciał... Problem stał się naprawdę poważny. Jedyna nadzieja w Maćku — pomyślałem. Nadszedł rozstrzygający zmierzch. Stanąłem za winklem. Pio w oknie rozmawia z Maćkiem. Maciek delikatnie kieruje rozmowę na sprawy zbliżającej się szkoły. Piotr stawia opór. Maciek nie przejmuje się. Wie, że zawsze dopinał swego. Maciek niestety nie pamięta, że indukcja nie jest najlepszym ze sposobów wnioskowania; o uzyskiwaniu pewności nie wspominając. Piotr odświeża mu pamięć. Na nic nie zdają się wszelkie argumenty. Berbeć zdecydował: nie skaże się na los Pimpusia i do szkoły nie pójdzie. Maciek ze wstydu i z poczucia bezradności zapada się pod słomę. Katastrofa.

Myślę sobie: było, chłopie, pamiętać o niewzruszonej zasadzie: intencja autora, kod nadania czy co tam jeszcze w tej materii nie wymyślił Eco i inni, pomniejsi semiotycy, to wszystko się nie liczy. Tekst przemawia własnym sensem, przepuszczonym przez indywidualne filtry lektury czytelnika (o filtrach wykłada Gromaś). Owszem, gdy piszesz, chcesz coś komuś zakomunikować, chcesz podzielić się swymi myślami. Ale jeśli ufasz, że uda Ci się to bez reszty, to jest tak, jak pisał Platon: zaiste, nie Bogowie, a ludzie zdołali Ci rozum odebrać. W rzeczy samej, Twój błąd polega na przekonaniu, że tu (w głowie) masz myśli, a tam (na papierze) masz zdania. Tymczasem racja po stronie Wittgensteina: myśl jest to sensowne zdanie. Gorzej, racja po stronie Peirce’a: myśl to znak zewnętrzny. W Twojej głowie nie ma nic. Wszystko jest tam, na papierze. To są Twoje myśli. A ponieważ są tam, to nie są Twoje. Żyją bez Ciebie, swoim losem, skazane na takich Piotrusiów, jak mój. Nie pogodzisz się z tym, będziesz stale zdziwiony, że Cię nie rozumieją. Będziesz mruczał oburzony: człowiek mówi — diabeł słowa nosi. Owszem, będziesz miał trochę racji. Jest taki diabeł — na imię mu „nieskończona semioza”.

   Tylko dla dorosłych




 
 cof sie! ↓ w2g; ↓ w3g

Wykłady Gromasia

Pierwszy wykład Gromasia

Gromo ćwiczy «sokratesa» i objaśnia Whiteheada...

Grom. Jagdterier, który nie morduje kur. Jedynie te, co mu wejdą w stołówkę (kompostownik) skubie do naga. Potem puszcza je na pohańbienie kurczętom i, horribile dictu, kogutom. z kurzego punktu widzenia: «pies z ponurym jajem». Nie wiesz dlaczego się tym chwalę? Cóż, jak dotąd z żadnym studentem (o Pio nie wspomnę) nie osiągnąłem porównywalnej miary sukcesu dydaktyczno-pedagodicznego;  poczytaj o jagdterierach. gromo ćwiczy sokratesa „Grom”. Zwyczajnie: „Gromo”, czule: „Gromkoś” lub „Gromaś”, żartobliwie: „Gromideł” lub „Gromidełek”, dostojnie: „Gromazjo”, „Gromazjusz”, kąśliwie: „Gromal”, wzgardliwie... „Maniek”. Gromasiowi zawdzięczam zrozumienie Whiteheada. Nie żeby od razu wysmażonych z Russellem Principiów. Ale Whitehead napisał niewielką książeczkę o podstawach matematyki. Chciał w niej biedaczyna (patrz wyżej) uprzystępnić idee Zasad. i w tej książeczce, na jednej ze stron, rzucił od niechcenia: „Człowiek praktyczny, to człowiek uporczywie powtarzający stare błędy”. Zdębiałem... Gorzej, poczułem się źle. Fatalnie, myślę, jestem między młotem a kowadłem. Między Whiteheadem (bardzo go cenię, wielki filozof, choć dzisiaj chyba nieco «niszowy») a Bo! (tej miary artystka nie może nie mieć wglądu w moją istotę i mylić się mówiąc: „Andrzej, powtarzasz stare błędy, jesteś niepraktyczny). Uwierz, sprawa gryzła mnie bardziej niż nierozstrzygalność hipotezy continuum. Aż tu oświecił mnie Gromaś. Było tak. Idę z nim wiślanymi bulwarami. Gromideł, jak to on, biegnie z piłeczką w pysku. Swoim zwyczajem stara się wysikać na stoku (właśnie taka jest jego urologiczna preferencja: sikać tylko na pochyłości). Nie wiem czemu, ale gdy sika, musi rozewrzeć paszczę. Rozwiera... Piłeczka stacza się ku rzece. Nieboraczek przerywa siusiu i ściga piłkę. Patrzę na to kolejny raz i nagle łapię Whiteheada. Grom jest klinicznym przypadkiem istoty praktycznej, żyje tylko w świecie praktyki i nie ma żadnej teorii, by okagańczyć różnorodność jej inwentarza. A ta różnorodność oślepia praktykę; praktyka jest ślepa: owszem, dostrzega jednostkowe fakty, lecz nie widzi ogólnych praw, w konsekwencji nie pozwala przewidywać. Sama teoria jest z kolei głucha. Nie słyszy jak skrzeczą fakty (przypomnij sobie aroganckie dictum Hegla — jak mu powiedziano, że fakty przeczą jego przewidywaniom, odpalił: „tym gorzej dla faktów”) i też nie pozwala przewidywać. A więc o to chodziło Whiteheadowi, pomyślałem! Po tym odkryciu obiecałem Bo! poprawę. No, że się ulokuję między praktyką a teorią, by mieć oko i na jedną i na drugą. Miało być dobrze, a wyszło jak zawsze: ni pies (Gromie! wybacz, ale tak się mówi) ni wydra... (Gwoli wyjaśnienia tytułu. Znasz anegdotkę o Sokratesie, co spragniony wylewał pierwsze wiadro wody wydarte ze studni, by z tym większą rozkoszą sycić się drugim? Żeby Gromidełkowi lepiej smakowały przysmaki robię tak: wołam „chodź, dostaniesz coś!” Gromo gna. ja kładę łakoć przed nim i mówię: „nie ru..., nie ru...”. Gromo zamiera w oczekiwaniu na komendę „jedz!” i gdy wkrótce pada, wsuwa z sokratejskim smakiem — to jest ćwiczenie «sokratesa»; tu go fotografowałem, więc oczekiwanie na spełnienie przedłużało się; zdruzgotany Gromaś odwraca głowę, by przynajmniej nie widzieć pokusy).

Post Scriptum
Możemy sobie łatwo wyobrazić, jak ludzie praktyczni, nie lubiący niezwykłych pojęć, musieli się oburzać na traktowanie zera jako liczby, w czasach, gdy wprowadzano symbol 0. Oczywiście byli oni w błędzie; w ogóle tacy panowie nigdy nie mają racyi, jeżeli tylko porzucają właściwe sobie zajęcie przeżuwania strawy przygotowanej przez innych. Alfred North Whitehead, Wstęp do matematyki, s. 51.




cof sie! ↓ w3g

Drugi wykład Gromasia

Gamoń, gromo od św. Tomasza i filtry lektury.

 
 

Kupują dziecięciu pieska. Dziecię zadba o zwierzaczka... Nie, nie zadba, i nie dba! Oni czasem nie mają czasu. a nigdy nie mają serca. Nadchodzą wakacje. w końcu zabierają psinkę na samochodową przejażdżkę... Zatrzymują się. Wysadzają. Odjeżdżają. Pies, jeszcze tylko zdziwiony, biegnie za znikającym «domem». Samochód się zatrzymuje. Pies zbiera baty. Samochód odjeżdża — już bez «ogona». Pies znika w zagonach pastewnych buraków. Pod liściami kryje ból i przerażenie. Dobrze, gdy to wszystko dzieje się koło Karwanki. Pies ochłonie, strach opadnie, głód powstanie. Wtedy Karwanka go przywoła, przygarnie, nakarmi, przytuli... Starowina — mieszka naprzeciw, po drugiej stronie błonia — ma już tych swoich Gwizdków, Wicherków i Srebrnych wiecej niż Jezus apostołów. A przecież i sobie musi coś włożyć do michy... Gamoń nie spotkał Karwanki. Na jego drodze stanął Gromkoś, no i ja.

Osiemnasty sierpień 2003 roku. Upał. Żarówa tak daje popalić, że w oczach ciemno. Bo!, Pio, Jo i Gromo mkniemy nad wodę — 10 km polem i lasem. My jedno–, a Gromo czterośladem. Z chłodnego lasu wyjeżdżdżamy na wielką, duszną polanę. gromo od św. tomasza Wtedy przykleja się do nas Gamoń — młody, wilkopodobny kundel. Nie zaskakuje mnie. Widziałem tu niejednego zbłąkanego psa. Dziwi mnie Gromal. Ma silne poczucie prywatności. W jego stadzie nie ma miejsca na jeszcze jednego kudłasia. Niejeden już oberwał od Groma za próbę zameldowania się pod złym adresem. Ale nie Gamoń! Gromkoś nieustannie zaczepia go, uśmiecha się do niego (psy potrafią się usmiechać), wykłada mu się brzulem do góry... Zaprasza do stada! Jeszcze nie rozumiem komunikatu Groma. Idę do odległego namiotu pytać ludzi, czy nie zginął im pies. Nie. Z lasu wyjeżdża furmanka. Może to im się zapodziało Gamonidło? Pytam chłopa, a ten: «Panie, ten pies to się tu od rana błąka. Może się w Nowinach, nad wodą stracił?» Właśnie do Nowin jedziemy. Bierzemy Gamonia i jazda szukać zrozpaczonego właściciela. Gamoń już uznał mnie za szefa stada (mam psią charyzmę) i — jak by to każdy owczarkowaty zrobił — biegnie z nosem przy pedale mojego roweru. W Nowinach robi się nieciekawie. Kiedy Gamoń zobaczy dzieci w wodzie, runie do nich jak grom — wielkie psisko pazurzastymi łapami co sił rozbryzguje wodę koło bachorstwa; szuka swego... krzyk, pisk. Tatusiowie przestają chłeptać piwsko i nagle robią się troskliwi, dzielni, ba! — odpowiedzialni. Gamoń ustaje z wysiłku; nikogo nie rozpoznaje. Jego też nikt nie poznaje. Wszystko jasne. Gamonia sprawiono dziecięciu... Jedźmy, nikt nie woła. Za przyzwoleniem Gromasia biorę Gamonia do domu; teraz wiem: Masiu cały czas mi mówił — stary zajmij się tym niedojdą. Już w chałupie Gromo dzieli się michą z Gamoniem. Bierze go na okołoposesyjne lanko — solidarnie znaczą teren. Gromo robi mi praktyczny wykład tomizmu; co więcej, tego mniej popularnego, traktującego o jednostce, społeczeństwie i o moralności. Myślę sobie: cholerny psie, nigdyś nie ślęczał nad tomaszową Summą, nigdy też nie będzie cię mulić Taka jest nasza wiara... Skąd ty to wszystko wiesz i dlaczego umiesz. Bo ja wiem, ale nie wiem czy umiem. i jak to jest, że ja jestem Andrzej od czytania Tomasza, a tyś Gromo od św. Tomasza?

Owszem, ja wiem. Wiem, że Tomasz, człowiek kościoła powszechnego, jako jeden z pierwszych otwartym tekstem i pełnym głosem oznajmiał: każdy z nas jest indywidualną osobą i ma prawo do szeroko rozumianej prywatności, a więc i do prywatnej własności... tak, tak — nie wszystko na zachodzie zaczęło się wraz z wybuchem protestanckiego indywidualizmu. Każdy z nas ma prawo otoczyć się murem grubym i wysokim, jakim zechce. Nie, nie jakim zechce. Ten mur, choćby najwyższy, musi być na tyle niski, by przeskoczył go człowiek w desperacji. Prawa naszego privatissimum ulegają dramatycznemu ograniczeniu przy spotkaniu z biedą, nieszczęściem, życiową nędzą. Wtedy jest naszym psim obowiązkiem powiedzieć do niej, do niego: skacz, bierz, bo to i twoje. A przede wszystkim twoją jest moja dłoń. Łap się, bo Bóg ci ją podaje! Tak jest u św. Tomasza. a uzasadnienie? Cóż, Akwinata prowdzi je z pozycji filozofa i człowieka wiary zarazem. Trywializując, mówi coś takiego: jesteś tylko ziemskim «prywaciarzem» — niebieskim jest ON. Ty u Niego jedynie arendujesz. Więc skoro ON dał Ci szansę, daj i Ty jej czy jemu, skoro widzisz ich nędzę. To jest Tomaszowa zasada solidarności z istotą w biedzie, zasada nadrzędna względem prawa do indywidualności i prywatności. Jak ją stosować, jaki jest jej zakres, pokazał mi Grom; także wtedy, gdy się nie zgodził, by Gamoń nocował w domu, a rano znowu podzielił się z nim michą.

No więc taka jest Tomaszowa zasada solidarności. a taka, jak wyżej, moja wiedza. a jaka jest moja wiara? Czemu pytam? Bo żeby wiedzieć, o zasadzie, wystarczy odrobina rozumu. Ale żeby nią żyć, potrzebny jest okruszek niewytępionej wiary. Szczerze: kiedyś wierzyłem. Potem już tylko na zasadzie, że jak trwoga, to do Boga. Wstydziłem się tego (że obłuda), a przecież jeszcze nie było źle. Stało się, i nie potrafiłem już z Bachem zanucić: Aus tiefer Not schrei ich zu Dir,//Herr Gott, erhör mein Rufen;. To była katastrofa — właśnie ta niezdolność do nucenia w niebo. Pieprznąłem Bachem i całym tym muzycznym majdanem, którym się przez lata otoczyłem. Jeszcze czytałem o Peirce’ie i Peirce’a, ale tylko te nieliczne u niego, nietechniczne fragenty, np. z semeiotyki uczuć. z monografii Brandta dowiedziałem się, że Peirce przeżył coś takiego, jak ja. No właśnie, przeżył, a ja nie wiedziałem czy przeżyję. Peirce się wygrzebał, bo — podkreśla Brandt — dośwadczył łaski wstrząsu. Nie, żeby się na jakąś konkretną wiarę nawrócił. Poradził tylko z głowy wytrzasnąć myśl taką: nie wiemy czy istnieje Absolut, ale analogia pozwala sądzić, że istnieje inteligencja wyższa od naszej, która dla nas jest Bogiem. Coś takiego: nie Absolut, a względna boskość. Peirce poradził i więcej: wyjął tę myśl z głowy, a wsadził do serca. To mu pomogło. Pomogło i mnie. Było już prawie po wszystkim...

Byłem w Finlandii na spędzie semiotycznym. Mnóstwo gadaczy. Ale jest Roberta Kevelson; uznany analityk Peirce’a, istotnie świetna. Roberta mówi o interpretancie finalnym. To pojęcie-klucz do Peirce’a teleologii znaku i znaczenia. W pewnym momencie zaperza się i ni z gruszki, ni z pietruszki — nikt nic nie podejrzewa, o nic takiego nie prosi — zaczyna zapewniać salę, że Peirce był ateuszem do szpiku kości. Najpierw mnie to bawi, potem wkurza. Akurat mam pod tyłkiem (żeby lepiej widzieć; posadzono mnie na krzesełku trolla) ten tom Collected Papers, gdzie czarno na biłym jest napisane o tej względnej boskości. Myślę, wstanę i zacytuję. Nie wstaję. Widzę, że dla Kevelson byłby to straszny obciach. Nie, że nie doczytała czegoś, ale że jej ukochany Charles nie był tak twardy, jak to sobie wymarzyła. Po wykładzie idę jednak porozmawiać z Robertą w cztery oczy. Najpierw mówi, że Peirce w ogóle niczego o Bogu nie pisał. Kiedy pokazuję stosowny fragment, rzuca dyskredytująco: tylko tyle, taka chwilka słabości?... Odchodzi, nie jest zainteresowana dalszą rozmową. Nie żałuję. Wolę Brandta z jego uwagą we wspomnianej monografii; coś w tym sensie: profesorem filozofii zostaniesz kiedy zechcesz, filozofem nie zostaniesz nigdy, jak nie przeżyjesz wstrząsu; Peirce przeżył. A co do Kevelson. Kiedy znikała mi z oczu, mnie światała taka myś i takie pytanie: dziewczyno, jak ty filtrujesz Peirce’a? Czytaj uważnie. Nie pytałem: „czy ty filtrujesz?”, „dlaczego ty filtrujesz?”, nie pytałem tak, bo znam odpowiedzi.

Wszelki znak dany jest nam poprzez inny znak. Wszelkie znaczenie dane jest nam poprzez inne znaczenie. Wiesz z lekcji fizyki, że żadnej mikrocząstki nie da się się zaobserwować, nie «stuknąwszy» w nią inną mikrocząstką, choćby fotonem (stąd zasada nieoznaczoności Heisenberga). Podobnie z sensem. Nie «pukniesz» go innym sensem, to go nie złapiesz; poważniej, a nawet z naukowo-filozoficznym szpanem: rozpoznanie znaczenia możliwe jest jedynie jako jego interpretacja na gruncie innego znaczenia, za pomocą którego identyfikujemy to pierwsze znaczenie; breviter: detekcja, rozpoznanie sensu możliwe jest wyłącznie jako jego interpretacja. Powtórzę: wszelki znak dany jest nam poprzez inny znak. Wszelkie znaczenie dane jest nam poprzez inne znaczenie. Wielkie złudzenie: Wittgensteina zdania (fakty) atomowe. Leszek Sosnowski - szef EiK Tak powstaje nieskończony łańcuch interpretacji — Peirce nie myli się; Wittgenstein tak. Nie ma w nim, w tym łańcuchu, ani początku, ani efektywnego końca (choć jest nieskończenie odległy kres, ów interpretant finalny; semioza u Peirce’a jest nieskończona, ale nie nieograniczona i właśnie dlatego można mówić w jego przypadku o teleologii znaku; Eco i znajomi królika kompletnie tego nie łapią; toż Benveniste: sądzi, że rzuca Peirce’owi rękawicę, gdy pyta: a gdzie tu jest archimedesowy punkt zaczepienia dla interpretacji? Émille chyba nie czytał, co Peirce pisał o Kartezjuszu i kartezjańskim modelu myślenia). a właściwie to ten łańcuch interpretanicji nie jest żadnym łańcuchem, lecz potężną siecią. Myśl, proszę, o sieci interpretacji, a nie o łańcuchu, a nie przyjdzie ci do głowy nie przesadnie mądre pytanie o początek interpretacji (hej! Sosnowski) — bo jak tu pytać o początek sieci! I myśl o niej jako o wszechogarniającej. To znaczy przestań mówić, że w naszym rozumieniu świata stosujemy interpretację (choćbyś dodawał koniecznie). To bowiem sugeruje, że interpretacja jest jakimś fakultatywnym lub obligatoryjnym narzędziem rozumienia. Nie gadameryzuj sprawy. Interpretacja jest żywiołem, ośrodkiem, uniwersalnym medium myślenia. Będę «heideggerzył»: nasze myślenie jest zawsze myśleniem-w-interpretacji, a nie po-i-przez-interpretację. Jak się z tym nie pogodzisz, zostaniesz Gimcrackiem. Nicholas, tak mu na imię — bohater sztuki Virtuoso Th. Shadwella — kładzie się na stole w salonie i wykonuje ruchy, jakby chciał pływać żabką. Pytają go: Niki, co ty robisz? Niki: uczę się pływać. Oni: nie lepiej w rzece? Niki: niby tak, ale ja nienawidzę wody!

No więc tak: nie ma nieskończonego łańcucha interpretacji, jest nieskonczona sieć interpretacji. i ty jesteś w tej sieci. Jak w niej coś motasz, to — chcesz tego czy nie — siedzisz w i na jakimś oczku i coś jest koło ciebie (to widzisz), a coś za tobą (z tego zwykle nie zdajesz sobie sprawy). To są te niezbywalne filtry interpretacji, filtry lektury także. Dlatego w duchu nie pytałem Kevelson dlaczego filtruje czytanie Peirce’a. Filtruje, bo musi, bo czyta! Inaczej w ogóle by nie czytała. Pytałem, a właściwie dziwiłem się temu, jak Ona — persolożka — to robi. A robi to tak, jakby nie mogła się w tej pajęczynie obejrzeć za siebie, albo choćby zleźć z oczka na którym się rozsiadła do swej roboty (może jej zwyczajnie zbyt wygodnie się zrobiło?) a stać Ją na to, i Ciebie stać. Myślisz, że jesteś Wielkim Pająkiem Śieci? Błąd! Myślisz, że jesteś zmumifikowaną muszką w kokonie, z którego już się nie wyrwiesz? Błąd! Jesteś pajączkiem Śieci. Trochę zamotanym, a trochę motającym. A przede wszystkim,  sieć jest dla ciebie, pajączku, właśnie po to, byś się mógł swobodnie poruszać.  No więc: move it! Czas na filozoficzny szpan:

  1. Zawsze i z konieczności nasza interpretacja i lektura oparta jest jakimś filtrze (zbiorze przedrozumień, presupozycji, wcześniejszych interpretacji, ale także stereotypów, uprzedzeń itp.)
    1. filtrem «zerowym» interpretacji jest minimalny zbiór sensów, stanowiący jako całość warunek sine qua non możliwości wstępnego rozpoznania znaczeń «czytanych»;
  2. Nie istnieje żaden wyróżniony filtr, ten oto, na którym interpretacja musiałaby być oparta.
  3. Nie istnieją poznawczo niedostępne filtry interpretacji resp. lektury.

Zaczynałem tak niewinnie (choć i niewesoło) i niewinnie chciałbym skończyć, a nie umiem. Potrzebne jest mi jakieś calando. Posłucham nokturnu cis-moll Chopina. Wstrząs. Nie, jak to piszę nie słyszę tego poloneza, co nagle w środku wybucha. I nie ten miażdżący polonezowe takty pasaż, który za moment oktawami runie w dół con forza. Wstrząs to koda — cichutka, pogodna prawie, calando... Gromaś wtedy ślicznie wyje. Ma taki ciepły puzonowy głos. Przepiękny!





 cof sie!

Trzeci wykład Gromasia

Gromazjusz u podstaw arytmetyki — o pochodzeniu liczb

Inaczej niż ja, Gromazjusz uwielbia Lacana; jasne, aprecjacja nieświadomości to nobilitacja jego naturalności. Czasem, by mi dopiec, nad Écrits zamerda ogonem; rzuci wyzywające spojrzenie; milcząco zapyta: „gdzież to cię zawiodła twoja kultura? Chyba cię raczej zawiodła — sąsiedzie!? maniek u podstaw arytmetyki Wpadam w złość i daję mu nauczkę — kolejną lekcję arytmetyki. Idę do kuchni, biorę dwa smako dla Gromasia; zwykle dwa plasterki kiełbasy. Słodkim głosem wołam: „Gromo, chodź, dostaniesz coś!” Gna... zawsze się na to nabiera. Odbieram meldunek gotowości, i stawiam go na katedrze, czyli na stole. Już ogon na kwinę, już mgła nieświadomego przesłania ślepia — nie jest zachwycony, wie co go czeka. Kładę przed nim dwie liczby, dwie jedynki — świeże, soczyste, pachnące. Po sakramentalnym: „nie ru..., nie ru...” nadchodzi czas zemsty. Wskazuję pierwszą jedynkę, przeciągam słowa, powtarzam: „jeeeden, jeeeden, jeeeden...” Wskazuję drugą jedynkę, przeciągam słowa, powtarzam: „jeeeden, jeeeden, jeeeden...” Gromo kręci łepetyną, żałośnie prosząc: „wszystko, tylko nie to”. Obiecuje: „już nigdy nie nazwę Cię  sąsiadem”.  Nie znam litości. Pada komenda: dodaj! Nie, to nie to samo, co: jedz! — Nie dla Gromkosia. Bez błysku w oku, kufę opuszcza powoli, kolebie nią to w jedną, to w drugą stronę. „Nie, to niemożliwe, by 1+1 nie równało się 0” — myśli biedny lacanista. W końcu dodaje. i co?... i wychodzi mu zero. Rzucam wzgardliwie: „Maniek, od 10 lat przerabiasz tę lekcję. Spróbujmy jeszcze raz, może inne jedynki lepiej ci się dodadzą”. Dwie nowe jedynki są jędrne, wilgotne i śmierdzące. Maniuś nie przepada za octem. Plasterki ogórka konserwowego to nie jest smako dla Gromasia. „Nie ru...” nie jest potrzebne. Startuję od mono–mantry: jeeeden, jeeeden, jeeeden... Rzucam: dodaj! Dodaje. Znowu 0. Wysyłam Mańka do «kozy» — niech raz jeszcze poważnie pomyśli o pochodzeniu liczby. No właśnie, niech poczyta Lacana.

Co Lacan twierdzi, często budzi moją irytację. Jak twierdzi, to budziło i budzi moje uznanie. W swej robocie Lacan bywa filozofem i nigdy nie jest profesorem. Więc jest, jak powinno być. Mocą znaczenia słów filozof nie może być profesorem. „Filozof” — „miłujący mądrość i do niej dążący”. „Profesor” — „wyznawca”. Filozof pyta; tak się idzie po prawdę. Profesor perroruje; tak się idzie po władzę. Filozof, gdy pozna racje, porzuci każde przekonanie. Profesor bez zdania racji narzuci swe wyznanie. Lacan bywa filozofem, gdy stosuje się do zasady, którą ukuł na swój i swych studentów użytek: nie wiem tego, co wiem. To mocniejsze, niż Sokratesa: wiem, że nic nie wiem. Sokrates przyznaje, że jest i pozostanie nieskonczenie daleko od prawdy. Ale jest ironiczny, i to jego NIC lśni jak diament. Lacan zerka na to NIC i mruczy: skąd pewność, że nie jest to szkiełko z Jablonexu? Taki jest Lacan i tacy są lacaniści. Toteż, gdy pojawią się ważkie powody, odszczekają twierdzenie, że pojęcie liczby nie pochodzi z doświadczenia. Chwilowo nie mają ku temu powodów i czują się dobrze. Co do mnie, sądzę, że ich dobre samopoczucie jest dobrze uzasadnione.

Profesorzy przekonania o empirycznym pochodzeniu matematyki, arytmetyki i samego pojęcia liczby zwykle nie dostrzegają dwuznaczności zawartej w pytaniu: „skąd to wiesz?” „Skąd to wiesz?” — znaczy często: „Kto ci to powiedział?” „Skąd to wiesz?” jest wtedy pytaniem o źródło informacji. Zapytaj mnie w tym sensie o to, skąd wiem, że 1+1=2, a zgodnie z prawdą odpowiem, że tata mi powiedział. Czasem sam pytam studentów, skąd wiedzą, że 1+1=2, i mówią niby to samo, co ja: „rodzice nam powiedzieli”, „pani nauczycielka nam powiedziała”. Niby to samo, a co innego. Kiedy ja wspominam tatę, jak mówił, że 1+1=2, to odwołuję się do źródła informacji. Kiedy oni przypominają rodziców lub nauczycieli, odwołują się do autorytetu źródła informacji. Oczywista, autorytet apeluje bezpośrednio do auctoritas — „powaga”. Ale poprzez auctoritas w znaczeniu „rozkaz” odsyła do auctor — „sprawca”. i tu pojawia się drugi sens pytania „Skąd to wiesz?”, które znaczy teraz: „Co sprawia, że jest tak a tak?” Żeby ostro przedstawić dwuznaczność pytania „Skąd to wiesz?” warto ująć rzecz następująco: najpierw może to być pytanie o źródło pochodzenia wiedzy; następnie może to być pytanie o podstawę ważności wiedzy. Są to dwa różne pytania nawet wtedy, gdy źródło jest zarazem podstawą.

Tymczasem rozważając banalną równość 1+1=2 trzeba przyznać, że dowiedzieliśmy się o niej dzięki przekazowi innych ludzi i że nie na podstawie tego przekazu opieramy jej ważność. Gdyby mój ojciec zwariował i zaczął twierdzić, że 1+1=Π, pozostałbym przy jego dawniejszym przekonaniu. Pozostałbym przy nim, nawet gdyby szaleństwo ogarnęło wszystkich rodziców, wszystkich nauczycieli, a nawet wtedy, gdyby okazało się na podstawie nieznanych dotąd manuskryptów, że szaleńcem był sam Peano. Nie jest konieczne, by ktokolwiek mówił nam: „1+1=2”. Ale to, że 1+1=2 jest konieczne. Jest tak w naszym świecie i w każdym możliwym świecie. Konieczność tej prawdy i niekonieczność jej przekazu — oto dlaczego nie można jej podstawy uznać za empiryczną, uznając zarazem empiryczny charakter pochodzenia wiadomości o niej. 1+1=2; to jest prawda konieczna (bo obowiązuje w każdym możliwym świecie) i a posteriori (bo «przychodzi» do nas po doświadczeniu, ale nie na podstawie doświdczenia!). To wbrew celebrowanemu wciąż Kantowi. Ale Kripke podał dobre powody, by skończyć z tą «transcendentalną celebrą»; Nazywanie a konieczność jest książką niechlujną, wszakże napisał ją filozof, a nie profesor transcendentalizmu.

Wracam do moich studentów. Wielu z nich trochę inaczej, niż to przedstawiłem, rozumie funkcję odwołania do autorytetu rodziców przy odpowiedzi na pytanie, skąd wiedzą, że 1+1=2. Nie o autorytarność, a o informatywnośc im chodzi. 0to było tak — powiadają — tatuś lub mamusia, czasem starszy brat lub ukochana siostrzyczka pokazywała mi jabłuszko i jabłuszko i koszyczek. i mówiła: „wkładam jedno jabłuszko do koszyczka, wkładam jeszcze jedno jabłuszko do koszyczka, i co? — Mam dwa jabłuszka w koszyczku!” Po jakimś czasie — kontynuują moi podopieczni — zaświtało nam w końcu, o co tu chodzi. Że nieważne, że to jabłuszko, a ważne, że jedno. Że nie ważne, że to wkładanie do koszyczka, a ważne, że zbieranie do kupy w ogóle. Pojęliśmy, co jest 1, a co 2 i co to znaczy dodawać. a zatem to wszystko z pokazywania, czyli z doświadczenia. Pytam wtedy za Życińskim, dlaczego nie uczono ich dodawania na chmurkach? Oto chmurka i chmurka i wieje wiaterek i chmurki się zlewają i jest już tylko chmurka. 1+1=1. Tylko Maniek jest lepszy w te klocki. Czasem jakiś śmiałek wyrwie się w tym miejscu, by obwieścić urbi et orbi: „ale ta ostatnia chmurka jest dwa razy większa!” Jasne, ma dwakroć większą masę. Tyle, że aby to stwierdzić, trzeba założyć, że 1+1=2; więc nie da się tego wywieść z doświadczenia, skoro jest założone jako możliwość doświadczenia.

Czy jednak apel do abstrakcji, który czynią moi studenci w obronie empirycznego pochodzenia pojęcia liczby i praw matematyki nie jest trafnym apelem? Czy to nie załatwia sprawy. Gromaś zawsze wyzeruje empiryczne egzemplifikacje jedynki, bo je pożre. Dziecko nie; czasem zamiast zjeść, dokona aktu abstrahowania, czyli pomijania czegoś lub — jak się często mówi — odrywania. Byłoby chyba nietaktem z mojej strony, gdybym już teraz zapytał: a skąd dziecko ma tę zbawienną zdolność do abstrahowania; czy też z doświadczenia? Wydaje mi się to równie dobrą kwestią jak «rękawica» rzucana Platonowi pytaniem: skąd niby u nas zdolność do odpominania, czyli anamnezy? Tak czy inaczej, dzieci abstrahują. Nie ma też żadnego powodu twierdzić, że jest inaczej, że nie przez takie pokazywanie i takie abstrakcyjne ujmowanie dochodzimy do zrozumienia pojęcia liczby. No właśnie: „...przez takie abstrakcyjne ujmowanie” — Czyli przez jakie? Powiem wprost, kością niezgody nie jest tutaj sama abstrakcja, lecz jej charakter. Dokładniej: czy jej procedura to odrywanie, czy obrywanie? Że „obrywanie” niefilozoficzne? A „odrywanie” w czym niby lepsze, że takie nobliwe? I dlaczego nie miałbym w pełni wykorzystywać pola semantycznego, otwartego właśnie przez filozoficzne użycie słowa „odrywanie”? U Platona abstrakcja jest właśnie obrywaniem, a u Arystotelesa odrywaniem. U obu otwiera drogę do poznania istoty rzeczy. Ale u Platona istota jest jak serce pąku róży, które odsłania się po oberwaniu wszystkich płatków. u Arystotelesa odwrotnie, to raczej coś, co ma związek z tymi płateczkami, jeśli nie jest jednym z nich po prostu. Dlatego Platon kategorycznie twierdzi, że istota nie jest jakością, a Arystoteles jest o włos od jakościowej koncepcji istoty. Po tej dygresji powtórzę: nie chodzi o to czy abstarkcja gra rolę w poznaniu matematycznym, lecz jak ją gra? No i jeszcze, co ją kąńczy? Wgląd w istotę czy de facto indukcyjne uogólnienie? Zobaczmy jak to jest u tomisty, a więc także arystotelika.

Krąpiec: „nie dodajemy przecież do siebie 2 gęsi i 3 cieląt, bo wówczas nie otrzymamy liczby [5], ale zawsze będą 2 gęsi i 3 cielęta” (Metafizyka, s. 92-93). Amicus Plato... przy wszelkich pozorach oczywistości wypowiedź Krąpca jest jednak nie do przyjęcia. Przed dojściem do pojęcia liczby już je co najmniej sugeruje. Niestety, to trzeba napisać tak: „nie dodajemy przecież do siebie: gęś, gęś  do  cielę, cielę, cielę, bo wówczas nie otrzymamy liczby [5], ale zawsze będzie: gęś, gęś, cielę, cielę, cielę”. Ponownie Krąpiec: „trzeba oderwać się od natury ogólnej (gęś — [cielę]), ażeby otrzymać byt matematyczny i poprawnie nim operować” (Metafizyka, s. 93). Pytam: gdzie się znajdę, gdy oderwę się od natur ogólnych «gęś» i «cielę»? Szukam odpowiedzi u Krąpca. Bezpośrednia jest i zbyt szybka i zbyt prosta, a w końcu jest fałszywa. Oto sprowadza się bowiem do twierdzenia, że stosowna abstrakcja sytuuje mnie w obszarze ujmowania ilości jako cechy wydzielonej „z innych konkretnych i ogólnych cech materialnych”, przy stanowczym podkreśleniu, iż „ilość (...) jest własnością materii jako zorganizowanej” (tamże). Gdyby ilość (liczba) istotowo wiązała się z materią (nawet w sensie Arystotelesowskim), to nie miałbym żadnej szansy powiedzieć: „zbiór: {1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10} ma 10 elementów (liczb) zapisanych przy pomocy 11 znaków–egzemplaży (tokenów cyfr)”. Dalej, wyjście poza natury: «gęś», «cielę», w najlepszym wypadku sytuuje mnie na poziomie natury «zwierzę». Gdyby już teraz odsłaniała się liczba, to znaczyłoby, że dodając: zwierzę, zwierzę  do  zwierzę, zwierzę, zwierzę dostanę liczbę 5. Jakim sposobem? Przecież gołym okiem widać, że wynik takiego dodawania może być gorszy od wyniku dodawania gęsi i cielaków. Jeśli konsekwentnie będę dodawał: zwierzę, zwierzę..., nie zaś (po cichu): (jakieś) zwierzę, (inne) zwierzę..., to dostanę w sumie: zwierzę. Iteracja nie pomnaża. Widać, że już z gęsiami był ten sam kłopot. Żeby dodać dwie gęsi do czegokolwiek, trzeba dodać gęś do gęsi. i będzie jak ze zwierzakami po prostu. Albo w sumie dostanę:  gęś,  albo: (jakąś) gęś, (inną) gęś. Oczywisty wniosek: przechodzenie na kolejne poziomy ogólności nic nie da. Nawet jak wejdę na poziom:  coś,  to albo w sumie dostanę:  coś  albo: (jakieś) coś,  (inne) coś... tyle, że jakieś coś,  nie jest  coś, lecz: albo substancja, albo ciało, albo roślina, albo zwierzę, albo człowiek, albo Jan, albo to (ze stożka Szkota). Sytuacja jest skomplikowana, wygląda na beznadziejną. Ale czy rzeczywiście taką jest? Popatrzmy raz jeszcze na początkowy fragment zdania Krąpca: „Nie dodajemy przecież do siebie 2 gęsi...”. Usuńmy „przecież” oraz „2”, a dostaniemy, co trzeba. Nie dodajemy do siebie gęsi. Nawet cosiów do siebie nie dodajemy. Dodajemy liczby. Empiria daje nam pojęcie składania do kupy, a nie dodawania. Krąpiec, jak wielu, martwi się o to jak dojść do pojęcia liczby, a nie martwi go pytanie: jak dojść do pojęcia dodawania. A jest się czym martwić. Tyle, że to jest zmartwienie uzdrawiające. Otwiera oczy. Pozwala zrozumieć, że dodajemy tylko liczby, a gąski, cielaczki itp. dodajemy tylko analogicznie (celowo piszę to w języku tomistów). Zatem cała ta opisana właśnie wspinaczka wcale nie jest prostą wspinaczką, w trakcie której pozbywamy się tego, co szczegółowe i przechodzimy na wciąż wyższe poziomy ogólności. To nie jest odrywanie, lecz obrywanie. To jest striptiz istoty.

Może mniej ekstrawagancko. Opisywany powyżej marsz ku pojęciu liczby sprawia wrażenie marszu donikąd. Jest tak, gdy pojmuje się go po arystotelesowsku jako dążenie w górę, ku co raz większej ogólności. Wszystko się zmienia, jeśli zobaczy się w nim drążenie w głąb, w duchu Platona. Marsz w głąb trzeba zacząć — jak uczy Platon w Fedonie — od rozpoznania symboliczno-analogicznego charakteru naszego doświadczenia świata empirycznego. Potem, dokonując faktycznie czegoś, co etymologicznie jest abstrakcją, to nasze doświadczenie rozbieramy ze zmysłowo-symboliczno-analogicznych szatek. Gdy rzecz się dokona, znajdujemy się na poziomie bytu jako bytu. Ale doświadczenie bytu jako bytu nie jest doświadczeniem beztreściowym, czego chce np. Hegel. Racja jest po stronie Pitagorasa i Platona. Nawet Arystoteles pisze: „Tym samym w istocie, co byt, jest jedno” (Met. IV, 1003b 23–24) Owszem, czytamy dalej: „Tyle (...) jest gatunków jedności, ile odmian bytu”, co komplikuje sprawę, ale jest to komplikacja adresowana wyłącznie do arystotelików. Doświadczenie bytu jako bytu jest doświadczeniem liczby — tej oto liczby: 1. Tu dopiero uchylają się wrota do świata przedmiotów matematycznych. Empiria spełniła swe zadanie. Jej rola, choć ważna, była tylko rolą akuszerki. Jej czas się skończył. Jeśli dzisiaj rozumiesz słowo „jest”, masz to wszystko za sobą. Przed Tobą dziedzina koniecznych prawd matematycznych, o których nie bez powodu byłeś informowany przez swego tatę, mamę, a może i przez czcigodną babcię.

To, co napisano, sugeruje, że rozumienie liczb zaczynamy od jedności. A nie od zera? Interpretacja von Neumana to by sugerowała. Jest u niego tak: 0 definiuje się jako zbiór pusty; 1 to singiel z pustego; 2 to dubel z pustego i z singla z pustego itd... Napiszmy to w pierwszym wierszu po arabsku (do czterech — wystarczy); w drugim po neumanowsku; pod notacją von Neumana, w trzecim wierszu notacja Penrose’a — ekspresyjna: gołym okiem widać, że zaczynamy od NIC (jako 0 mamy klamry, a między nimi NIC). w ostanim wierszu konsekwentne rozwinięcie notacji Penrose’a.

0 1 2 3 4
Ø {Ø} {Ø  {Ø}} {Ø  {Ø}  {Ø{Ø}}} {Ø  {Ø}  {Ø {Ø}}  {Ø{Ø} {Ø{Ø}}}}
{} {0} {1} {2} {3}
{} {{}} {{{}}} {{{{}}}} {{{{{}}}}}
I kogo tu słychać? Leibniza z jego pytaniem, dlaczego istnieje raczej coś niż nic? (Że co? — że nic prostsze od coś? A tak na oko, to niby dlaczego? — Woleński gdzieś o tym pisze). a może to chichot Heideggera — jego nicującej nicości? W każdym razie oto NIC, do którego prowadzi ścisła, absolutna analiza pojęcia liczby. Whitehead podobno znał się na matematyce — nieprawdaż? A to jego słowa, ostatni akapit i tylko jedno zdanie: The exactness is a fake („Immortality”, Essays in Science and Philosophy, New York 1948, s. 74.).
     Można, i to może bardziej intuicyjne, choć nie tak eleganckie, maszerować do liczby przez klasy abstarkcji; wtedy będzie nam potrzebna koncepcja odpowiedniości wzajemnie jednoznacznej; znam argumenty mówiące, że tu rozumienie liczby 1 nie ingeruje; oversofisticated — wszystko, co mam o nich do powiedzenia.

Ale czy rzeczywiście to, że 1+1=2, jest prawdą konieczną? Co nam zabrania powiedzieć, że 1+1=Π? Znam lepsze pytanie: Co nam zabrania powiedzieć „1+1=MDD”, gdzie „MDD”=„Mao Dze Dong”? Nic, absolutnie nic. Pod dwoma wszakże warunkami: a) nie będziemy opuszczać cudzysłowów, które informują nas, że mowa tu o znakach liczb, a nie o liczbach; b) przyjmiemy, że „MDD” oznacza liczbę, i to tę samą, co „2”. w tym kontekście trzeba wrócić do peanistów, bo niekoniecznie do samego Peano. Mają taki zwyczaj, by z nutą wyższości mówić: „Pracujemy w aksjomatyce Peano. Tak się sympatycznie składa, że tam 1+1 wypada 2. Ale to nie jest konieczna aksjomatyka. Ta prawda też zatem nie jest konieczna”. Fakt, da się pomyśleć inną aksjomatyzację arytmetyki i w tym sensie system Peano nie jest uprzywilejowany. Patrzę nań raczej okiem inżyniera, niż filozofa. Dlatego to, co widzę to maszyneria do manipulowania znakami. Wierzę, że jak ją przerobić tak, że zawsze tam, gdzie w artymetyce winno stać „1” stanie „MDD”, maszyneria będzie dalej działać bez zarzutu. Owszem, związek znakowy „1+1=2” nie jest konieczny, a prawda: 1+1=2 jest. Zmienię zdanie, gdy tylko niektóre „1” podstawią przez „MDD”, a mimo to machina się nie zatnie. Zmienię także zdanie wtedy, gdy poznam poważne argumenty przemawiające za redukcją liczb do cyfr. Chwilowo ich nie znam. Nie znam też żadnych zniewalających argumentów, które by mnie zmusiły do przejścia na pozycje konsekwentnie, do końca przemyślanego nominalizmu (wspomniana redukcja byłaby rzecz jasna tryumfem nominalizmu, wszakże sukces matematytki  jest  w dużej mierze związany z przejściem od samej tylko cyfry "0" do liczby 0.) Nie znam ich, mimo że znam licznych nominalistów. Ale ich heroizm jest na miarę Zenona z Elei. Zenon, gdy go tyran wziął na spytki, odgryzł sobie język i plunął tyranowi w twarz. Nominalista przyciśnięty przez realistę robi coś bardzo podobnego. i jak tu z nim rozmawiać?

Rozpisałem się o liczbach, a nie o liczby tu chodzi. Lacanowi też nie szło o arytmetykę, gdy wspominał o nieempirycznym pochodzeniu pojęcia liczby. Istota sprawy w tym, że przypadek liczby każe twierdzić ogólnie: nie da się wywieść racjonalnego myślenia ze zmysłowego doznawania. Nie da się dlatego, że już doświadczenie zmysłowe jest możliwe wyłącznie jako zorganizowane przez myśl doznanie. To nie jest kantyzm. Kantyzm, ze swym konstruktywizmem jest uroczą i najbardziej bajeczną bajeczką nowożytności; jego walory estetyczne są nie do przecenienia. Raz jeszcze powtórzę. To nie jest kantyzm. To jest platonizm.

Perswazje

Roger Penrose:Tylko takie twierdzenia mogą należeć do świata idei platońskich, które są obiektywnie prawdziwe. Dla mnie obiektywność matematyczna tego rodzaju jest właśnie istotą bytów matematycznych Platona. Powiedzieć, że jakieś matematyczne twierdzenie jest bytem w sensie Platona, znaczy tyle samo, co powiedzieć, że jest obiektywnie prawdziwe. To samo dotyczy  pojęć  matematycznych takich jak pojęcie liczby 7 albo reguła mnożenia liczb naturalnych, albo że jakiś zbiór zawiera nieskończenie wiele elementów. Wszystkie one istnieją w sensie Platona, ponieważ są to pojęcia mające charakter obiektywny. Dla mojego sposobu myślenia istnienie bytów platońskich jest po prostu kwestią ich obiektywnego istnienia i dlatego nie mogą być uważane za «mistyczne» czy «nienaukowe», niezależnie od faktu, że różni ludzie za takie je uważają. (Droga do rzeczywistości, s. 15)

Arystokles Platon:Gość: — [są i tacy, co] z nieba i ze świata niewidzialnego wszystko na ziemię ściągają, po prostu rękami skały i drzewa obejmując. Bo dotykając wszystkich tych rzeczy, upierają się przy tym, że istnieje tylko to, co można uderzyć i czego można jakoś dotknąć, określają ciało i istnienie jako jedno i to samo, a jeżeli ktoś inny powie, że istnieje coś, co ciała nie ma, gardzą nim w ogóle i nie chcą już niczego dalej słuchać.
Teajtet: — Doprawdy, straszne typy wymieniłeś.
(Teajtet, 203b).

Post scriptum
A propos «nieefektywności» dodawania:  coś i coś. Whitehead słusznie pisze: „(...) one thing and itself make one thing”. To proste. Zatem, kontynuuje, „(...) we ought to say, «One thing and another thing make two things»”. I natychmiast widzi problem «gęsi i cielaka» i nadaje mu bardziej dramatyczną postać: „The togederness of spark and gunpowder produces an explosion, which is very unlike two things”. To proste; prosta pułapka. Whitehead dostrzega następujące wyjście. „The proper sort of togederness of one thing and another thing produces the sort of group which we call twoo things”. Właśnie: „The proper sort...” — to jest «krzywe». Zatem Whitehead czyni apel do zdrowego rozsądku (common sense). Słusznie. Ale zdrowy rozsądek mówi co innego niż Whitehead. Gęś i ciele to jest gęś i ciele. I dalej, jakaś iskra i jakaś inna iskra to jest wciąż jakaś iskra i jakaś inna iskra. Składanie do kupy nie jest prototypem dodawania. A czy taki sort jak „zwierzę” byłby już dobry dla skutecznego dodawania? Czemóżbym jednak nie mógł powiedzieć: rezultatem dodawania jakiegoś zwierzęcia do jakiegoś zwierzęcia jest — no, nie bub-bum, ale mniam-mniam? Sort jest właściwy, jest dobry tylko w jednym przypadku, gdy jest sortem liczb. Liczb nie składamy do kupy. Liczby dodajemy — i tylko je dodajemy. Przedmioty nie będące liczbami sumujemy analogicznie. Dodawanie liczby jest arhé–typem zbierania do kupy. Pozaempiryczne pojęcie dodawania wyjaśnia empiryczne pojęcie zbierania. Racja po stronie Platona.



Proszę o cierpliwość
 cof sie!