↑ cof sie!
↓ w2g; ↓ w3g
Wykłady Gromasia
Pierwszy wykład Gromasia
Gromo ćwiczy «sokratesa» i objaśnia Whiteheada...
Grom. Jagdterier, który nie morduje kur. Jedynie te, co mu wejdą w stołówkę (kompostownik) skubie do naga.
Potem puszcza je
na pohańbienie kurczętom i, horribile dictu, kogutom. z kurzego punktu widzenia: «pies z
ponurym jajem».
Nie wiesz dlaczego się tym chwalę? Cóż, jak dotąd z żadnym studentem (o Pio nie wspomnę)
nie osiągnąłem porównywalnej miary sukcesu dydaktyczno-pedagodicznego;
↓ poczytaj o jagdterierach.
„Grom”. Zwyczajnie: „Gromo”, czule: „Gromkoś” lub „Gromaś”, żartobliwie:
„Gromideł” lub „Gromidełek”, dostojnie: „Gromazjo”, „Gromazjusz”, kąśliwie: „Gromal”,
wzgardliwie... „Maniek”.
Gromasiowi zawdzięczam
zrozumienie Whiteheada. Nie żeby od razu wysmażonych z Russellem Principiów.
Ale Whitehead napisał niewielką książeczkę o podstawach matematyki. Chciał w niej biedaczyna (patrz wyżej)
uprzystępnić idee Zasad. i w tej książeczce, na jednej ze stron, rzucił od niechcenia:
„Człowiek praktyczny, to człowiek uporczywie powtarzający stare błędy”.
Zdębiałem...
Gorzej, poczułem się źle. Fatalnie, myślę, jestem między młotem a kowadłem. Między Whiteheadem (bardzo go cenię,
wielki filozof, choć dzisiaj chyba nieco
«niszowy») a Bo!
(tej miary artystka nie może nie mieć wglądu w moją istotę i mylić się mówiąc: „Andrzej, powtarzasz stare błędy,
jesteś niepraktyczny). Uwierz, sprawa gryzła mnie bardziej niż nierozstrzygalność hipotezy continuum.
Aż tu oświecił mnie Gromaś. Było tak.
Idę z nim wiślanymi bulwarami. Gromideł, jak to on, biegnie z piłeczką w pysku. Swoim zwyczajem stara się wysikać na stoku
(właśnie taka jest jego urologiczna preferencja: sikać tylko na pochyłości). Nie wiem czemu, ale gdy sika, musi rozewrzeć paszczę.
Rozwiera... Piłeczka stacza się ku rzece.
Nieboraczek przerywa siusiu i ściga piłkę. Patrzę na to kolejny raz i nagle łapię Whiteheada.
Grom jest klinicznym przypadkiem
istoty praktycznej, żyje tylko w świecie praktyki i nie ma żadnej teorii, by okagańczyć różnorodność jej inwentarza.
A ta różnorodność oślepia praktykę; praktyka jest ślepa: owszem, dostrzega jednostkowe fakty, lecz nie widzi
ogólnych praw, w konsekwencji nie pozwala przewidywać.
Sama teoria jest z kolei głucha. Nie słyszy jak skrzeczą fakty
(przypomnij sobie aroganckie dictum Hegla — jak mu powiedziano,
że fakty przeczą jego przewidywaniom, odpalił:
„tym gorzej dla faktów”) i też nie pozwala przewidywać.
A więc o to chodziło Whiteheadowi, pomyślałem! Po tym odkryciu obiecałem Bo! poprawę. No,
że się ulokuję między praktyką a teorią,
by mieć oko i na jedną i na drugą. Miało być dobrze, a wyszło jak zawsze: ni pies (Gromie! wybacz, ale tak się mówi) ni
wydra... (Gwoli wyjaśnienia tytułu. Znasz anegdotkę o Sokratesie, co spragniony wylewał pierwsze wiadro wody
wydarte ze studni, by z tym większą
rozkoszą sycić się drugim? Żeby Gromidełkowi lepiej smakowały przysmaki robię tak: wołam „chodź,
dostaniesz coś!” Gromo gna. ja kładę
łakoć przed nim i mówię: „nie ru..., nie ru...”. Gromo zamiera
w oczekiwaniu na komendę „jedz!” i gdy wkrótce pada, wsuwa
z sokratejskim smakiem — to jest ćwiczenie «sokratesa»; tu go fotografowałem, więc oczekiwanie na spełnienie
przedłużało się; zdruzgotany Gromaś odwraca głowę, by przynajmniej nie widzieć pokusy).
Post Scriptum Możemy sobie łatwo wyobrazić, jak ludzie praktyczni, nie lubiący niezwykłych pojęć, musieli się oburzać
na traktowanie zera jako liczby, w czasach, gdy wprowadzano symbol 0. Oczywiście byli oni w błędzie; w ogóle tacy panowie nigdy nie mają
racyi, jeżeli tylko porzucają właściwe sobie zajęcie przeżuwania strawy przygotowanej przez innych. Alfred North Whitehead, Wstęp do matematyki, s. 51.
↑cof sie!
↓ w3g
Drugi wykład Gromasia
Gamoń, gromo od św. Tomasza i filtry lektury.
Kupują dziecięciu pieska. Dziecię zadba o zwierzaczka... Nie, nie zadba, i nie dba!
Oni czasem nie mają czasu. a nigdy nie mają serca.
Nadchodzą wakacje. w końcu zabierają psinkę na samochodową przejażdżkę...
Zatrzymują się. Wysadzają. Odjeżdżają. Pies, jeszcze tylko zdziwiony,
biegnie za znikającym «domem». Samochód się zatrzymuje. Pies zbiera baty.
Samochód odjeżdża — już bez «ogona». Pies znika
w zagonach pastewnych buraków. Pod liściami kryje ból i przerażenie. Dobrze, gdy to wszystko dzieje się koło Karwanki.
Pies ochłonie, strach opadnie, głód powstanie.
Wtedy Karwanka go przywoła, przygarnie, nakarmi, przytuli... Starowina — mieszka naprzeciw, po drugiej stronie
błonia — ma już tych swoich Gwizdków, Wicherków i Srebrnych
wiecej niż Jezus apostołów. A przecież i sobie musi coś włożyć do michy...
Gamoń nie spotkał Karwanki. Na jego drodze stanął Gromkoś, no i ja.
Osiemnasty sierpień 2003 roku. Upał. Żarówa tak daje popalić, że w oczach ciemno.
Bo!, Pio, Jo i Gromo mkniemy nad wodę — 10 km polem i lasem. My jedno–, a Gromo czterośladem.
Z chłodnego lasu wyjeżdżdżamy na wielką, duszną polanę.
Wtedy przykleja się do nas Gamoń — młody,
wilkopodobny kundel. Nie zaskakuje mnie.
Widziałem tu niejednego zbłąkanego psa. Dziwi mnie Gromal. Ma silne poczucie prywatności.
W jego stadzie nie ma miejsca na jeszcze jednego kudłasia.
Niejeden już oberwał od Groma za próbę zameldowania się pod złym adresem. Ale nie Gamoń! Gromkoś nieustannie zaczepia go,
uśmiecha się do niego (psy potrafią się usmiechać), wykłada mu się brzulem do góry... Zaprasza do stada!
Jeszcze nie rozumiem komunikatu Groma. Idę do odległego namiotu pytać ludzi, czy nie zginął im pies. Nie.
Z lasu wyjeżdża furmanka. Może to im się zapodziało Gamonidło?
Pytam chłopa, a ten: «Panie, ten pies to się tu od rana błąka. Może się w Nowinach, nad wodą stracił?»
Właśnie do Nowin jedziemy. Bierzemy Gamonia i jazda szukać zrozpaczonego właściciela.
Gamoń już uznał mnie za szefa stada (mam psią charyzmę) i — jak by to każdy owczarkowaty zrobił — biegnie
z nosem przy pedale mojego roweru.
W Nowinach robi się nieciekawie. Kiedy Gamoń zobaczy dzieci w wodzie, runie do nich jak grom — wielkie psisko
pazurzastymi łapami co sił rozbryzguje wodę koło bachorstwa; szuka swego... krzyk, pisk. Tatusiowie
przestają chłeptać piwsko i nagle robią się troskliwi, dzielni, ba! — odpowiedzialni.
Gamoń ustaje z wysiłku; nikogo nie rozpoznaje. Jego też nikt nie poznaje.
Wszystko jasne. Gamonia sprawiono dziecięciu... Jedźmy, nikt nie woła. Za przyzwoleniem Gromasia biorę Gamonia do domu;
teraz wiem: Masiu
cały czas mi mówił — stary zajmij się tym niedojdą. Już w chałupie Gromo dzieli się michą z Gamoniem. Bierze go
na okołoposesyjne lanko — solidarnie
znaczą teren. Gromo robi mi praktyczny wykład tomizmu; co więcej, tego mniej popularnego, traktującego o jednostce,
społeczeństwie i o moralności. Myślę sobie: cholerny psie, nigdyś nie ślęczał nad tomaszową Summą,
nigdy też nie będzie cię mulić
Taka jest nasza wiara... Skąd ty to wszystko wiesz i dlaczego umiesz. Bo ja wiem, ale nie wiem czy umiem.
i jak to jest, że ja jestem Andrzej od czytania Tomasza, a tyś Gromo od św. Tomasza?
Owszem, ja wiem. Wiem, że Tomasz, człowiek
kościoła powszechnego, jako jeden z pierwszych otwartym tekstem i pełnym głosem oznajmiał: każdy z nas jest indywidualną osobą i
ma prawo do szeroko rozumianej prywatności,
a więc i do prywatnej własności... tak, tak — nie wszystko na zachodzie zaczęło się wraz z wybuchem protestanckiego
indywidualizmu. Każdy z nas ma prawo otoczyć się murem grubym i wysokim, jakim zechce. Nie, nie jakim zechce. Ten mur,
choćby najwyższy, musi być na tyle niski,
by przeskoczył go człowiek w desperacji. Prawa naszego privatissimum ulegają
dramatycznemu ograniczeniu przy spotkaniu
z biedą, nieszczęściem, życiową nędzą.
Wtedy jest naszym psim obowiązkiem powiedzieć do niej, do niego: skacz, bierz, bo to i twoje.
A przede wszystkim twoją jest moja dłoń. Łap się, bo Bóg
ci ją podaje! Tak jest u św. Tomasza. a uzasadnienie? Cóż, Akwinata prowdzi je z pozycji filozofa i człowieka wiary zarazem.
Trywializując, mówi coś takiego:
jesteś tylko ziemskim «prywaciarzem» — niebieskim jest ON. Ty u Niego jedynie arendujesz.
Więc skoro ON dał Ci szansę, daj i Ty jej
czy jemu, skoro widzisz ich nędzę. To jest Tomaszowa zasada solidarności z istotą w biedzie, zasada nadrzędna
względem prawa do indywidualności i prywatności.
Jak ją stosować, jaki jest jej zakres, pokazał mi Grom; także wtedy, gdy się nie zgodził, by Gamoń nocował w domu, a rano znowu
podzielił się z nim michą.
No więc taka jest Tomaszowa zasada solidarności. a taka, jak wyżej, moja wiedza. a jaka jest moja wiara?
Czemu pytam? Bo żeby wiedzieć, o zasadzie,
wystarczy odrobina rozumu. Ale żeby nią żyć, potrzebny jest okruszek niewytępionej wiary. Szczerze: kiedyś wierzyłem.
Potem już tylko na zasadzie,
że jak trwoga, to do Boga. Wstydziłem się tego (że obłuda), a przecież jeszcze nie było źle.
Stało się, i nie potrafiłem już z Bachem zanucić: Aus tiefer Not schrei ich zu Dir,//Herr Gott, erhör mein Rufen;.
To była katastrofa — właśnie ta niezdolność do nucenia w niebo.
Pieprznąłem Bachem i całym tym muzycznym majdanem, którym się przez lata otoczyłem. Jeszcze czytałem o Peirce’ie i
Peirce’a, ale tylko te nieliczne u niego, nietechniczne fragenty, np.
z semeiotyki uczuć. z monografii Brandta dowiedziałem się, że Peirce
przeżył coś takiego, jak ja. No właśnie, przeżył, a ja nie wiedziałem czy przeżyję.
Peirce się wygrzebał, bo — podkreśla Brandt — dośwadczył łaski wstrząsu.
Nie, żeby się na jakąś konkretną
wiarę nawrócił. Poradził tylko z głowy wytrzasnąć myśl taką:
nie wiemy czy istnieje Absolut, ale
analogia pozwala sądzić, że istnieje inteligencja wyższa od naszej, która
dla nas jest Bogiem.
Coś takiego: nie Absolut, a względna boskość.
Peirce poradził i więcej: wyjął tę myśl z głowy, a wsadził do serca. To mu pomogło.
Pomogło i mnie. Było już prawie po wszystkim...
Byłem w Finlandii na spędzie semiotycznym. Mnóstwo gadaczy. Ale jest Roberta Kevelson;
uznany analityk Peirce’a, istotnie świetna.
Roberta mówi o interpretancie finalnym. To pojęcie-klucz do Peirce’a teleologii znaku i znaczenia.
W pewnym momencie zaperza się i ni z gruszki, ni
z pietruszki — nikt nic nie podejrzewa, o nic takiego nie prosi — zaczyna
zapewniać salę, że Peirce był ateuszem do szpiku kości. Najpierw mnie to bawi, potem wkurza. Akurat mam pod tyłkiem
(żeby lepiej widzieć; posadzono mnie na krzesełku trolla) ten tom Collected Papers, gdzie
czarno na biłym jest napisane o tej względnej boskości. Myślę, wstanę i zacytuję. Nie wstaję.
Widzę, że dla Kevelson byłby to straszny obciach. Nie, że nie doczytała czegoś, ale że jej
ukochany Charles nie był tak twardy, jak to sobie wymarzyła.
Po wykładzie idę jednak porozmawiać z Robertą w cztery oczy.
Najpierw mówi, że Peirce w ogóle niczego o Bogu nie pisał. Kiedy pokazuję stosowny
fragment, rzuca dyskredytująco: tylko tyle, taka chwilka słabości?...
Odchodzi, nie jest zainteresowana dalszą rozmową. Nie żałuję.
Wolę Brandta z jego uwagą we wspomnianej monografii; coś w tym sensie: profesorem filozofii zostaniesz kiedy zechcesz,
filozofem nie zostaniesz nigdy, jak nie przeżyjesz wstrząsu; Peirce przeżył.
A co do Kevelson. Kiedy znikała mi z oczu, mnie światała taka myś i takie pytanie: dziewczyno,
jak ty filtrujesz Peirce’a? Czytaj uważnie. Nie pytałem:
„czy ty filtrujesz?”, „dlaczego ty filtrujesz?”, nie pytałem tak, bo znam odpowiedzi.
Wszelki znak dany jest nam poprzez inny znak. Wszelkie znaczenie dane jest nam poprzez inne znaczenie.
Wiesz z lekcji fizyki, że żadnej mikrocząstki nie da się się zaobserwować, nie «stuknąwszy» w nią inną mikrocząstką, choćby fotonem (stąd zasada nieoznaczoności
Heisenberga).
Podobnie z sensem. Nie «pukniesz» go innym sensem, to go nie złapiesz; poważniej,
a nawet z naukowo-filozoficznym szpanem: rozpoznanie znaczenia możliwe jest jedynie jako jego interpretacja na gruncie innego znaczenia, za pomocą
którego identyfikujemy to pierwsze znaczenie; breviter: detekcja, rozpoznanie sensu możliwe jest wyłącznie jako jego
interpretacja.
Powtórzę:
wszelki znak dany jest nam poprzez inny znak. Wszelkie znaczenie dane jest nam poprzez inne znaczenie.
Wielkie złudzenie: Wittgensteina zdania (fakty) atomowe.
Tak powstaje nieskończony łańcuch interpretacji — Peirce nie myli się; Wittgenstein tak.
Nie ma w nim, w tym łańcuchu, ani początku, ani efektywnego końca (choć jest nieskończenie odległy kres,
ów interpretant finalny; semioza u Peirce’a jest nieskończona,
ale nie nieograniczona i właśnie dlatego można mówić w jego przypadku o teleologii znaku; Eco i znajomi królika kompletnie tego
nie łapią; toż Benveniste: sądzi, że rzuca Peirce’owi rękawicę,
gdy pyta: a gdzie tu jest archimedesowy punkt zaczepienia dla interpretacji?
Émille chyba nie czytał, co Peirce pisał o Kartezjuszu i kartezjańskim modelu myślenia). a właściwie to ten łańcuch interpretanicji
nie jest żadnym łańcuchem, lecz potężną siecią.
Myśl, proszę, o sieci interpretacji, a nie o łańcuchu, a nie przyjdzie ci do głowy nie przesadnie mądre pytanie o początek interpretacji (hej! Sosnowski) — bo jak
tu pytać o początek sieci!
I myśl o niej jako o wszechogarniającej. To znaczy przestań mówić, że w naszym rozumieniu świata stosujemy interpretację (choćbyś dodawał koniecznie).
To bowiem sugeruje, że interpretacja jest jakimś fakultatywnym lub obligatoryjnym narzędziem rozumienia. Nie gadameryzuj sprawy.
Interpretacja
jest żywiołem, ośrodkiem, uniwersalnym medium myślenia.
Będę «heideggerzył»: nasze myślenie jest zawsze myśleniem-w-interpretacji, a nie po-i-przez-interpretację.
Jak się z tym nie pogodzisz, zostaniesz Gimcrackiem.
Nicholas, tak mu na imię — bohater sztuki Virtuoso Th. Shadwella — kładzie się na stole w salonie i wykonuje
ruchy, jakby chciał pływać żabką.
Pytają go: Niki, co ty robisz? Niki: uczę się pływać.
Oni: nie lepiej w rzece? Niki: niby tak, ale ja nienawidzę wody!
No więc tak: nie ma nieskończonego łańcucha interpretacji,
jest nieskonczona sieć interpretacji. i ty jesteś w tej sieci. Jak w niej coś motasz,
to — chcesz tego czy nie — siedzisz w i na jakimś oczku i coś jest koło ciebie (to widzisz), a coś za tobą (z tego zwykle nie zdajesz sobie sprawy).
To są te niezbywalne filtry interpretacji, filtry lektury także. Dlatego w duchu nie
pytałem Kevelson dlaczego filtruje czytanie Peirce’a. Filtruje, bo musi, bo czyta! Inaczej w ogóle by nie czytała.
Pytałem, a właściwie dziwiłem się temu, jak Ona — persolożka — to robi.
A robi to tak, jakby nie mogła się w tej pajęczynie obejrzeć za siebie, albo choćby zleźć z
oczka na którym się rozsiadła do swej roboty
(może jej zwyczajnie zbyt wygodnie się zrobiło?) a stać Ją na to, i Ciebie stać.
Myślisz, że jesteś Wielkim Pająkiem Śieci? Błąd! Myślisz, że jesteś zmumifikowaną muszką w kokonie,
z którego już się nie wyrwiesz? Błąd! Jesteś pajączkiem Śieci. Trochę zamotanym, a trochę motającym.
A przede wszystkim, sieć jest dla ciebie, pajączku, właśnie po to, byś się mógł swobodnie poruszać.
No więc: move it!
Czas na filozoficzny szpan:
- Zawsze i z konieczności nasza interpretacja i lektura oparta jest jakimś filtrze
(zbiorze przedrozumień, presupozycji, wcześniejszych interpretacji, ale także stereotypów, uprzedzeń itp.)
- filtrem «zerowym» interpretacji jest minimalny zbiór sensów, stanowiący jako całość warunek sine qua non
możliwości wstępnego rozpoznania znaczeń «czytanych»;
- Nie istnieje żaden wyróżniony filtr, ten oto, na którym interpretacja musiałaby być oparta.
- Nie istnieją poznawczo niedostępne filtry interpretacji resp. lektury.
Zaczynałem tak niewinnie (choć i niewesoło) i niewinnie chciałbym skończyć, a nie umiem.
Potrzebne jest mi jakieś calando. Posłucham
nokturnu cis-moll Chopina. Wstrząs. Nie, jak to piszę nie słyszę tego poloneza, co nagle w środku wybucha.
I nie ten miażdżący polonezowe takty pasaż, który za moment oktawami
runie w dół con forza. Wstrząs to koda — cichutka, pogodna prawie,
calando...
Gromaś wtedy ślicznie wyje. Ma taki ciepły puzonowy głos. Przepiękny!
↑ cof sie!
Trzeci wykład Gromasia
Gromazjusz u podstaw arytmetyki — o pochodzeniu liczb
Inaczej niż ja, Gromazjusz uwielbia Lacana; jasne, aprecjacja nieświadomości to nobilitacja jego naturalności.
Czasem, by mi dopiec,
nad Écrits zamerda ogonem;
rzuci wyzywające spojrzenie; milcząco zapyta: „gdzież to cię zawiodła twoja kultura? Chyba cię raczej zawiodła — sąsiedzie!?
Wpadam w złość i daję mu nauczkę — kolejną lekcję arytmetyki.
Idę do kuchni, biorę dwa smako dla Gromasia; zwykle dwa plasterki kiełbasy. Słodkim głosem wołam:
„Gromo, chodź, dostaniesz coś!” Gna... zawsze się na to nabiera. Odbieram meldunek gotowości, i stawiam go na katedrze, czyli na stole. Już ogon na kwinę, już
mgła nieświadomego przesłania ślepia — nie jest zachwycony, wie co go czeka. Kładę przed nim dwie liczby, dwie jedynki — świeże, soczyste, pachnące.
Po sakramentalnym: „nie ru..., nie ru...” nadchodzi czas zemsty. Wskazuję pierwszą jedynkę, przeciągam słowa,
powtarzam: „jeeeden, jeeeden, jeeeden...”
Wskazuję drugą jedynkę, przeciągam słowa, powtarzam: „jeeeden, jeeeden, jeeeden...” Gromo kręci łepetyną, żałośnie prosząc: „wszystko,
tylko nie to”. Obiecuje:
„już nigdy nie nazwę Cię sąsiadem”. Nie znam litości.
Pada komenda: dodaj! Nie, to nie to samo, co: jedz! — Nie dla Gromkosia.
Bez błysku w oku, kufę opuszcza
powoli, kolebie nią to w jedną, to w drugą stronę. „Nie, to
niemożliwe, by 1+1 nie równało się 0” — myśli biedny lacanista.
W końcu dodaje. i co?... i wychodzi mu zero.
Rzucam wzgardliwie: „Maniek, od 10 lat przerabiasz tę lekcję. Spróbujmy jeszcze raz, może inne jedynki
lepiej ci się dodadzą”. Dwie nowe
jedynki są jędrne, wilgotne i śmierdzące. Maniuś nie przepada za octem. Plasterki ogórka konserwowego
to nie jest smako dla Gromasia. „Nie ru...”
nie jest potrzebne. Startuję od mono–mantry: jeeeden, jeeeden, jeeeden...
Rzucam: dodaj!
Dodaje. Znowu 0. Wysyłam Mańka do «kozy» — niech raz jeszcze poważnie pomyśli o pochodzeniu liczby. No właśnie,
niech poczyta Lacana.
Co Lacan twierdzi, często budzi moją irytację. Jak twierdzi, to budziło i budzi moje uznanie.
W swej robocie Lacan bywa filozofem i nigdy nie jest profesorem.
Więc jest, jak powinno być. Mocą znaczenia słów filozof nie może być profesorem. „Filozof” —
„miłujący mądrość i do niej dążący”. „Profesor”
— „wyznawca”. Filozof pyta; tak się idzie po prawdę. Profesor perroruje;
tak się idzie po władzę. Filozof, gdy pozna racje,
porzuci każde przekonanie. Profesor bez zdania racji
narzuci swe wyznanie. Lacan bywa filozofem, gdy stosuje się do zasady,
którą ukuł na swój i swych studentów użytek: nie wiem tego, co wiem.
To mocniejsze, niż Sokratesa: wiem,
że nic nie wiem. Sokrates przyznaje, że jest i pozostanie nieskonczenie daleko od prawdy. Ale jest ironiczny,
i to jego NIC lśni jak diament.
Lacan zerka na to NIC i mruczy: skąd pewność,
że nie jest to szkiełko z Jablonexu? Taki jest Lacan i tacy są lacaniści. Toteż,
gdy pojawią się ważkie powody, odszczekają twierdzenie,
że pojęcie liczby
nie pochodzi z doświadczenia. Chwilowo nie mają ku temu powodów i
czują się dobrze. Co do mnie, sądzę, że ich dobre samopoczucie jest dobrze uzasadnione.
Profesorzy przekonania o empirycznym pochodzeniu matematyki, arytmetyki i samego pojęcia liczby zwykle nie dostrzegają
dwuznaczności zawartej w pytaniu: „skąd to wiesz?” „Skąd to wiesz?” — znaczy często:
„Kto ci to powiedział?” „Skąd to wiesz?” jest wtedy pytaniem o źródło informacji.
Zapytaj mnie w tym sensie o to, skąd wiem,
że 1+1=2, a zgodnie z prawdą odpowiem, że tata mi powiedział.
Czasem sam pytam studentów, skąd wiedzą, że 1+1=2, i mówią niby to samo, co
ja: „rodzice nam powiedzieli”, „pani nauczycielka nam powiedziała”.
Niby to samo, a co innego. Kiedy ja wspominam tatę, jak mówił, że 1+1=2, to odwołuję się do źródła informacji.
Kiedy oni przypominają rodziców lub nauczycieli, odwołują się
do autorytetu źródła informacji.
Oczywista, autorytet apeluje bezpośrednio do auctoritas
— „powaga”. Ale poprzez auctoritas
w znaczeniu „rozkaz” odsyła do auctor — „sprawca”. i tu
pojawia się drugi sens pytania „Skąd to wiesz?”, które znaczy teraz: „Co sprawia, że jest tak a tak?”
Żeby ostro przedstawić dwuznaczność pytania
„Skąd to wiesz?” warto ująć rzecz następująco: najpierw może to być pytanie o źródło pochodzenia wiedzy;
następnie może
to być pytanie o podstawę ważności wiedzy.
Są to dwa różne pytania nawet wtedy, gdy źródło jest zarazem podstawą.
Tymczasem rozważając banalną równość 1+1=2 trzeba przyznać,
że dowiedzieliśmy się o niej dzięki przekazowi innych ludzi i że nie na podstawie tego
przekazu opieramy jej ważność.
Gdyby mój ojciec zwariował i zaczął twierdzić, że 1+1=Π, pozostałbym przy jego dawniejszym przekonaniu. Pozostałbym przy nim,
nawet gdyby
szaleństwo ogarnęło wszystkich
rodziców, wszystkich nauczycieli, a nawet wtedy, gdyby okazało się na podstawie nieznanych dotąd manuskryptów, że szaleńcem był sam Peano.
Nie jest konieczne, by ktokolwiek mówił nam: „1+1=2”.
Ale to, że 1+1=2 jest konieczne. Jest tak w naszym świecie i w każdym możliwym świecie.
Konieczność tej prawdy i niekonieczność jej przekazu — oto dlaczego nie
można jej podstawy uznać za empiryczną, uznając zarazem empiryczny charakter
pochodzenia wiadomości o niej. 1+1=2; to jest prawda konieczna (bo obowiązuje w każdym możliwym świecie)
i a posteriori
(bo «przychodzi» do nas po doświadczeniu, ale nie na podstawie doświdczenia!). To wbrew
celebrowanemu wciąż Kantowi. Ale Kripke podał dobre powody,
by skończyć z tą «transcendentalną celebrą»; Nazywanie a konieczność
jest książką niechlujną, wszakże napisał ją filozof, a nie profesor
transcendentalizmu.
Wracam do moich studentów. Wielu z nich trochę inaczej, niż to przedstawiłem,
rozumie funkcję odwołania do autorytetu rodziców przy odpowiedzi na pytanie,
skąd wiedzą, że 1+1=2. Nie o autorytarność, a o informatywnośc im chodzi.
0to było tak — powiadają — tatuś lub mamusia, czasem starszy brat lub ukochana siostrzyczka
pokazywała mi jabłuszko i jabłuszko i koszyczek. i mówiła:
„wkładam jedno jabłuszko do koszyczka,
wkładam jeszcze jedno jabłuszko do koszyczka, i co? — Mam dwa
jabłuszka w koszyczku!” Po jakimś czasie — kontynuują moi podopieczni — zaświtało nam w końcu, o co tu chodzi.
Że nieważne, że to jabłuszko, a ważne, że jedno.
Że nie ważne, że to wkładanie do koszyczka, a ważne, że zbieranie do kupy w ogóle.
Pojęliśmy, co jest 1, a co 2 i co to znaczy dodawać. a zatem to wszystko z pokazywania, czyli z doświadczenia.
Pytam wtedy za Życińskim, dlaczego nie uczono ich dodawania na chmurkach?
Oto chmurka i chmurka i wieje wiaterek i chmurki się zlewają i jest już tylko
chmurka. 1+1=1. Tylko Maniek jest lepszy w te klocki. Czasem jakiś śmiałek wyrwie się w tym miejscu,
by obwieścić urbi et orbi:
„ale ta ostatnia chmurka jest dwa razy większa!” Jasne,
ma dwakroć większą masę.
Tyle, że aby to stwierdzić, trzeba założyć, że 1+1=2; więc nie da się tego wywieść z doświadczenia,
skoro jest założone jako możliwość doświadczenia.
Czy jednak apel do abstrakcji, który czynią moi studenci w obronie
empirycznego pochodzenia pojęcia liczby i praw matematyki nie jest trafnym apelem?
Czy to nie załatwia sprawy. Gromaś zawsze wyzeruje empiryczne egzemplifikacje jedynki, bo je pożre.
Dziecko nie; czasem zamiast zjeść, dokona aktu abstrahowania, czyli pomijania czegoś lub — jak się często mówi — odrywania.
Byłoby chyba nietaktem z mojej strony, gdybym już teraz zapytał: a skąd dziecko ma
tę zbawienną zdolność do abstrahowania; czy też z doświadczenia?
Wydaje mi się to równie dobrą kwestią jak «rękawica» rzucana Platonowi pytaniem:
skąd niby u nas zdolność do odpominania, czyli anamnezy?
Tak czy inaczej, dzieci abstrahują. Nie ma też żadnego powodu twierdzić,
że jest inaczej, że nie przez takie pokazywanie i takie abstrakcyjne
ujmowanie dochodzimy do zrozumienia pojęcia liczby.
No właśnie: „...przez takie abstrakcyjne ujmowanie” — Czyli przez jakie?
Powiem wprost,
kością niezgody nie jest tutaj sama abstrakcja, lecz jej charakter. Dokładniej: czy jej procedura to odrywanie, czy obrywanie?
Że „obrywanie” niefilozoficzne? A „odrywanie” w czym niby lepsze, że takie nobliwe?
I dlaczego nie miałbym w pełni
wykorzystywać pola semantycznego, otwartego właśnie przez filozoficzne użycie słowa „odrywanie”?
U Platona abstrakcja jest właśnie obrywaniem, a u Arystotelesa odrywaniem.
U obu otwiera drogę do poznania istoty rzeczy. Ale u Platona istota jest jak serce pąku róży, które odsłania się po
oberwaniu wszystkich płatków. u Arystotelesa
odwrotnie, to raczej coś, co ma związek z tymi płateczkami, jeśli nie jest jednym z nich po prostu. Dlatego Platon
kategorycznie twierdzi, że istota nie jest jakością, a Arystoteles jest o włos od jakościowej koncepcji istoty.
Po tej dygresji powtórzę: nie chodzi o to czy abstarkcja
gra rolę w poznaniu matematycznym, lecz jak ją gra? No i jeszcze, co ją kąńczy?
Wgląd w istotę czy de facto indukcyjne uogólnienie?
Zobaczmy jak to jest u tomisty, a więc także arystotelika.
Krąpiec: „nie dodajemy przecież do siebie 2 gęsi i 3 cieląt, bo wówczas nie
otrzymamy liczby [5], ale zawsze będą 2 gęsi i 3 cielęta”
(Metafizyka, s. 92-93). Amicus Plato... przy
wszelkich pozorach oczywistości wypowiedź Krąpca
jest jednak nie do przyjęcia. Przed dojściem do pojęcia liczby już je co najmniej sugeruje.
Niestety, to trzeba napisać tak:
„nie dodajemy przecież do siebie:
gęś, gęś do cielę, cielę, cielę,
bo wówczas nie otrzymamy liczby [5],
ale zawsze będzie: gęś, gęś, cielę, cielę, cielę”. Ponownie Krąpiec: „trzeba
oderwać się od natury ogólnej (gęś — [cielę]), ażeby otrzymać byt matematyczny i
poprawnie nim operować” (Metafizyka, s. 93).
Pytam: gdzie się znajdę, gdy oderwę się od natur ogólnych «gęś» i «cielę»?
Szukam odpowiedzi u Krąpca. Bezpośrednia jest i
zbyt szybka i zbyt prosta, a w końcu jest fałszywa. Oto sprowadza się bowiem
do twierdzenia, że stosowna abstrakcja sytuuje mnie w obszarze ujmowania ilości
jako cechy wydzielonej „z innych konkretnych i ogólnych cech materialnych”, przy stanowczym podkreśleniu,
iż „ilość (...) jest własnością materii jako zorganizowanej” (tamże).
Gdyby ilość (liczba) istotowo wiązała się z materią (nawet w sensie Arystotelesowskim),
to nie miałbym żadnej szansy powiedzieć: „zbiór: {1, 2, 3, 4, 5, 6, 7, 8, 9, 10} ma 10 elementów (liczb)
zapisanych przy pomocy 11 znaków–egzemplaży (tokenów cyfr)”. Dalej, wyjście
poza natury: «gęś», «cielę», w najlepszym wypadku sytuuje mnie na poziomie natury «zwierzę».
Gdyby już teraz odsłaniała się liczba, to znaczyłoby, że dodając: zwierzę, zwierzę
do zwierzę,
zwierzę, zwierzę dostanę liczbę 5. Jakim sposobem?
Przecież gołym okiem widać, że wynik takiego dodawania może być gorszy od wyniku
dodawania gęsi i cielaków.
Jeśli konsekwentnie będę dodawał: zwierzę,
zwierzę..., nie zaś (po cichu): (jakieś) zwierzę,
(inne) zwierzę..., to dostanę w sumie: zwierzę. Iteracja nie pomnaża.
Widać, że już z gęsiami był ten sam kłopot.
Żeby dodać dwie gęsi do czegokolwiek, trzeba dodać gęś do gęsi. i będzie jak ze zwierzakami po prostu. Albo w sumie
dostanę: gęś, albo: (jakąś) gęś,
(inną) gęś.
Oczywisty wniosek: przechodzenie na kolejne poziomy ogólności nic nie da.
Nawet jak wejdę na poziom: coś,
to albo w sumie dostanę: coś
albo: (jakieś) coś, (inne) coś... tyle,
że jakieś coś, nie jest coś, lecz:
albo substancja, albo ciało, albo roślina, albo zwierzę, albo człowiek, albo Jan, albo to (ze stożka Szkota).
Sytuacja jest skomplikowana, wygląda na beznadziejną.
Ale czy rzeczywiście taką jest? Popatrzmy raz jeszcze
na początkowy fragment zdania Krąpca: „Nie dodajemy przecież do siebie 2 gęsi...”.
Usuńmy „przecież” oraz „2”, a dostaniemy, co trzeba.
Nie dodajemy do siebie gęsi. Nawet cosiów
do siebie nie dodajemy. Dodajemy liczby.
Empiria daje nam pojęcie składania do kupy, a nie dodawania.
Krąpiec, jak wielu, martwi się o to jak dojść do pojęcia liczby, a nie martwi go pytanie: jak dojść do pojęcia dodawania.
A jest się czym martwić. Tyle, że to jest
zmartwienie uzdrawiające. Otwiera oczy. Pozwala zrozumieć, że dodajemy tylko liczby, a gąski, cielaczki itp. dodajemy tylko analogicznie
(celowo piszę to w języku tomistów). Zatem cała ta opisana właśnie wspinaczka wcale nie jest prostą wspinaczką, w trakcie której pozbywamy się tego, co szczegółowe i przechodzimy
na wciąż wyższe poziomy ogólności. To nie jest odrywanie, lecz obrywanie. To jest striptiz istoty.
Może mniej ekstrawagancko. Opisywany powyżej marsz ku pojęciu liczby sprawia wrażenie marszu donikąd. Jest tak,
gdy pojmuje się go po arystotelesowsku jako dążenie w górę, ku co raz większej ogólności. Wszystko się zmienia, jeśli zobaczy się w nim drążenie
w głąb, w duchu Platona. Marsz w głąb trzeba zacząć — jak uczy Platon w Fedonie — od
rozpoznania symboliczno-analogicznego
charakteru naszego doświadczenia świata empirycznego. Potem, dokonując faktycznie czegoś, co etymologicznie jest abstrakcją,
to nasze doświadczenie rozbieramy ze zmysłowo-symboliczno-analogicznych szatek.
Gdy rzecz się dokona, znajdujemy się na poziomie bytu jako bytu. Ale doświadczenie bytu jako bytu nie jest doświadczeniem beztreściowym,
czego chce np. Hegel. Racja
jest po stronie Pitagorasa i Platona. Nawet
Arystoteles pisze: „Tym samym w istocie, co byt, jest jedno” (Met. IV, 1003b 23–24)
Owszem, czytamy dalej: „Tyle (...) jest gatunków jedności, ile odmian bytu”, co komplikuje sprawę, ale
jest to komplikacja adresowana wyłącznie do arystotelików.
Doświadczenie bytu jako bytu jest doświadczeniem liczby — tej oto liczby: 1.
Tu dopiero uchylają się wrota do świata przedmiotów matematycznych. Empiria spełniła swe zadanie.
Jej rola, choć ważna, była tylko rolą akuszerki. Jej czas się skończył. Jeśli dzisiaj rozumiesz słowo „jest”, masz to wszystko za sobą.
Przed Tobą dziedzina koniecznych prawd matematycznych, o których nie bez powodu byłeś informowany przez swego tatę, mamę, a może i przez czcigodną babcię.
To, co napisano, sugeruje, że rozumienie liczb zaczynamy od jedności.
A nie od zera? Interpretacja von Neumana to by sugerowała. Jest u niego
tak: 0 definiuje się jako zbiór pusty; 1 to singiel z pustego; 2 to dubel z pustego i z singla z pustego itd...
Napiszmy to w pierwszym wierszu po arabsku (do czterech — wystarczy); w drugim po neumanowsku;
pod notacją von Neumana, w trzecim wierszu notacja Penrose’a — ekspresyjna: gołym okiem widać, że zaczynamy
od NIC (jako 0 mamy klamry, a między nimi NIC). w ostanim wierszu konsekwentne rozwinięcie notacji Penrose’a.
| 0 |
1 |
2 |
3 |
4 |
| Ø |
{Ø} |
{Ø {Ø}} |
{Ø {Ø} {Ø{Ø}}} |
{Ø {Ø} {Ø {Ø}} {Ø{Ø} {Ø{Ø}}}} |
| {} |
{0} |
{1} |
{2} |
{3} |
| {} |
{{}} |
{{{}}} |
{{{{}}}} |
{{{{{}}}}} |
I kogo tu słychać? Leibniza z jego pytaniem, dlaczego istnieje raczej coś niż nic? (Że co? — że nic prostsze od coś?
A tak na oko, to niby dlaczego? —
Woleński gdzieś o tym pisze). a może to chichot Heideggera — jego nicującej nicości?
W każdym razie oto NIC, do którego prowadzi ścisła, absolutna analiza pojęcia liczby. Whitehead podobno znał się na matematyce — nieprawdaż?
A to jego słowa, ostatni akapit i tylko jedno zdanie: The exactness is a fake („Immortality”, Essays in Science
and Philosophy, New York 1948, s. 74.).
Można, i to może bardziej intuicyjne, choć nie tak eleganckie, maszerować do liczby przez klasy abstarkcji; wtedy będzie nam potrzebna
koncepcja odpowiedniości wzajemnie jednoznacznej; znam argumenty mówiące, że tu rozumienie liczby 1 nie ingeruje; oversofisticated — wszystko, co
mam o nich do powiedzenia.
Ale czy rzeczywiście to, że 1+1=2, jest prawdą konieczną? Co nam zabrania powiedzieć, że 1+1=Π? Znam lepsze pytanie: Co nam zabrania powiedzieć „1+1=MDD”,
gdzie „MDD”=„Mao Dze Dong”? Nic, absolutnie nic. Pod dwoma wszakże warunkami: a) nie będziemy opuszczać cudzysłowów, które informują nas, że
mowa tu o znakach liczb, a nie o liczbach;
b) przyjmiemy, że „MDD” oznacza liczbę, i to tę samą, co „2”. w tym kontekście trzeba wrócić do peanistów, bo niekoniecznie do samego Peano. Mają taki
zwyczaj, by z nutą
wyższości mówić: „Pracujemy w aksjomatyce Peano. Tak się sympatycznie składa, że tam 1+1 wypada 2.
Ale to nie jest konieczna aksjomatyka. Ta prawda też zatem nie jest konieczna”.
Fakt, da się pomyśleć inną aksjomatyzację arytmetyki i w tym sensie system Peano nie jest uprzywilejowany.
Patrzę nań raczej okiem inżyniera, niż filozofa.
Dlatego to, co widzę to maszyneria do manipulowania znakami. Wierzę, że jak ją przerobić tak, że zawsze tam,
gdzie w artymetyce winno stać „1” stanie „MDD”, maszyneria będzie dalej działać bez zarzutu. Owszem, związek znakowy „1+1=2”
nie jest konieczny, a prawda: 1+1=2 jest.
Zmienię zdanie, gdy tylko niektóre „1” podstawią przez „MDD”, a mimo to machina się nie zatnie.
Zmienię także zdanie wtedy, gdy poznam poważne argumenty
przemawiające za redukcją liczb do cyfr. Chwilowo ich nie znam. Nie znam też żadnych zniewalających argumentów, które by mnie zmusiły do przejścia
na pozycje konsekwentnie, do końca przemyślanego nominalizmu (wspomniana redukcja byłaby rzecz jasna tryumfem nominalizmu,
wszakże sukces matematytki
jest w dużej mierze związany z przejściem od samej tylko cyfry "0" do liczby 0.)
Nie znam ich, mimo że znam licznych nominalistów.
Ale ich heroizm jest na miarę Zenona z Elei. Zenon, gdy go tyran wziął na spytki, odgryzł sobie język i plunął tyranowi w twarz. Nominalista przyciśnięty
przez realistę robi coś bardzo podobnego. i jak tu z nim rozmawiać?
Rozpisałem się o liczbach, a nie o liczby tu chodzi. Lacanowi też nie szło o arytmetykę, gdy wspominał o nieempirycznym pochodzeniu pojęcia liczby.
Istota sprawy w tym,
że przypadek liczby każe twierdzić ogólnie: nie da się wywieść racjonalnego myślenia ze zmysłowego doznawania.
Nie da się dlatego, że już doświadczenie zmysłowe jest możliwe wyłącznie jako
zorganizowane przez myśl doznanie. To nie jest kantyzm. Kantyzm,
ze swym konstruktywizmem jest uroczą i najbardziej bajeczną bajeczką nowożytności; jego walory estetyczne są nie do przecenienia.
Raz jeszcze powtórzę. To nie jest kantyzm. To jest platonizm.
Perswazje
Roger Penrose:Tylko takie twierdzenia mogą należeć do świata idei platońskich, które są obiektywnie
prawdziwe. Dla mnie obiektywność matematyczna tego rodzaju jest właśnie istotą bytów matematycznych Platona. Powiedzieć, że jakieś matematyczne
twierdzenie jest bytem w sensie Platona, znaczy tyle samo, co powiedzieć, że jest obiektywnie prawdziwe. To samo dotyczy
pojęć matematycznych takich jak pojęcie liczby 7 albo reguła mnożenia liczb naturalnych, albo że jakiś
zbiór zawiera nieskończenie wiele elementów. Wszystkie one istnieją w sensie Platona, ponieważ są to pojęcia mające charakter obiektywny.
Dla mojego sposobu myślenia istnienie bytów platońskich jest po prostu kwestią ich obiektywnego istnienia i dlatego nie mogą
być uważane za «mistyczne» czy «nienaukowe», niezależnie od faktu, że różni ludzie za takie je uważają.
(Droga do rzeczywistości, s. 15)
Arystokles Platon:Gość: — [są i tacy, co] z nieba i ze świata niewidzialnego wszystko na ziemię
ściągają, po prostu rękami skały i drzewa obejmując. Bo dotykając wszystkich tych rzeczy, upierają się przy tym, że istnieje tylko to,
co można uderzyć i czego można jakoś dotknąć, określają ciało i istnienie jako jedno i to samo, a jeżeli ktoś inny powie,
że istnieje coś, co ciała nie ma, gardzą nim w ogóle i nie chcą już niczego dalej słuchać.
Teajtet: — Doprawdy, straszne typy wymieniłeś. (Teajtet, 203b).
Post scriptum
A propos «nieefektywności» dodawania: coś i coś.
Whitehead słusznie pisze:
„(...) one thing and itself make one thing”. To proste. Zatem, kontynuuje,
„(...) we ought to say, «One thing and another thing
make two things»”. I natychmiast widzi problem «gęsi i cielaka» i nadaje mu bardziej
dramatyczną postać: „The togederness
of spark and gunpowder produces an explosion, which is very unlike two things”. To proste; prosta pułapka.
Whitehead dostrzega następujące wyjście. „The proper sort of togederness
of one thing and another thing produces the sort of group which we call twoo things”.
Właśnie: „The proper sort...” — to jest «krzywe».
Zatem Whitehead czyni apel do zdrowego rozsądku (common sense). Słusznie.
Ale zdrowy rozsądek mówi co innego niż Whitehead. Gęś i ciele to jest gęś i ciele. I dalej, jakaś iskra i jakaś inna iskra to jest
wciąż jakaś iskra i jakaś inna iskra. Składanie do kupy nie jest prototypem dodawania. A czy taki sort jak „zwierzę” byłby już dobry
dla skutecznego dodawania?
Czemóżbym jednak nie mógł powiedzieć: rezultatem dodawania jakiegoś zwierzęcia do jakiegoś zwierzęcia jest — no, nie bub-bum, ale
mniam-mniam?
Sort jest właściwy, jest dobry tylko w jednym przypadku, gdy jest sortem liczb. Liczb nie składamy do kupy. Liczby dodajemy — i tylko je dodajemy.
Przedmioty nie będące liczbami sumujemy analogicznie. Dodawanie liczby jest arhé–typem
zbierania do kupy. Pozaempiryczne pojęcie dodawania wyjaśnia empiryczne pojęcie zbierania. Racja po stronie Platona.
Proszę o cierpliwość
↑ cof sie!
|